
— Ale ja to właśnie zawsze chciałam robić. Poza tym liczy się status!!
— Rzeczywiście, trzeba go też doliczyć.
— Byłam obejrzeć te pokoje, które nam przydzielili. Strasznie są ciasne!! Który dostałaś?!
Agnes spojrzała tępo na klucz, który jej przekazano, wraz z licznymi surowymi instrukcjami w stylu „żadnych mężczyzn”, a także nieprzyjemnym („tobie nie muszę tego mówić”) wyrazem twarzy opiekunki chóru.
— Siedemnaście.
Christine klasnęła w dłonie.
— Cudownie!!
— Słucham?
— Tak się cieszę!! Mieszkasz obok mnie!!
Agnes zdumiała się. Pogodziła się już z tym, że zawsze wybierają ją ostatnią do wielkiej zespołowej gry Życia.
— No… tak, chyba rzeczywiście.
— Jaka musisz być szczęśliwa!! Masz taką majestatyczną figurę do opery!! I takie wspaniałe włosy, kiedy je tak upinasz do góry!! Przy okazji, do twarzy ci w czarnym!!
Majestatyczna, myślała Agnes. Takie słowo nigdy, ale to nigdy nie przyszłoby jej do głowy. A biel zawsze omijała z daleka, bo w białym wyglądała jak sznur z suszącą się bielizną w wietrzny dzień.
Podążyła za Christine.
Przyszło jej na myśl, kiedy maszerowała ku swojej nowej kwaterze, że jeśli człowiek spędzi z tą dziewczyną trochę czasu w jednym pomieszczeniu, powinien otworzyć okno, żeby nie utonąć w znakach przestankowych.
Gdzieś z tyłu sceny, całkiem niezauważony, ktoś przyglądał się, jak odchodzą.
Ludzie byli zwykle zadowoleni, widząc nianię Ogg. Potrafiła sprawić, że czuli się jak w domu we własnym domu. Ale była też czarownicą, a zatem i ekspertem pojawiania się akurat po upieczeniu ciasta czy zrobieniu kiełbas. Niania zwykle wędrowała z siatką wciśniętą w nogawkę jej długich do kolan reform. Na wypadek, jak to tłumaczyła, gdyby ktoś chciał jej coś podarować.
