
— A jak tam, pani Nitt — podsumowała w okolicach trzeciego kawałka ciasta i czwartej filiżanki herbaty — miewa się pani córeczka? Chodzi mi o Agnes.
— Ach, nie słyszała pani, pani Ogg? Wyruszyła do Ankh-Morpork, żeby zostać śpiewaczką.
Serce w niani zamarło.
— Co pani powie! — skomentowała ostrożnie. — Miała dobry, śpiewny głos, jak pamiętam. Naturalnie, udzieliłam jej kilku rad. Słyszałam czasem, jak śpiewa w lesie.
— To przez tutejsze powietrze — wyjaśniła pani Nitt. — Zawsze miała potężną pierś.
— Tak, trzeba przyznać. Znana była z tego. Czyli… no… nie ma jej tutaj, prawda?
— Zna pani naszą Agnes. Nigdy wiele nie mówi. Zdaje mi się, że było jej tu trochę nudno.
— Nudno? W Lancre?
— To samo jej powtarzałam — zgodziła się pani Nitt. — Powiadam: mamy czasami piękne zachody słońca. A w każdy Wtorek Duchowego Ciasta jest przecież jarmark, regularnie.
Niania Ogg myślała o Agnes. Trzeba wielkich myśli, żeby zmieścić ją w nich całą.
W Lancre zawsze rodziły się mocne, zdrowe kobiety. Lancrański farmer potrzebował żony, która bez trudu własnym fartuchem zatłucze wilka na śmierć, gdy spotka go podczas wycieczki do lasu po drewno. I chociaż całowanie początkowo ma więcej uroku od gotowania, porządny lancrański chłopak, szukający narzeczonej, ma w pamięci ojcowską radę, że pocałunki z czasem tracą na znaczeniu, natomiast kuchnia z latami staje się zwykle coraz lepsza. Dlatego swoje zaloty kieruje raczej ku tym rodzinom, które wyraźnie zdradzają tradycję dobrego jedzenia.
Agnes była, zdaniem niani, całkiem atrakcyjna w dość ekspansywnym stylu: piękny przykład typowej lancrańskiej kobiecości. To znaczy, że była w przybliżeniu jak dwie kobiecości z dowolnych innych okolic.
Niania pamiętała też, że była milkliwa i jakby wiecznie zakłopotana — pewnie chciała zmniejszyć zajmowany przez siebie fragment świata.
Ale zdradzała już oznaki odpowiednich zdolności.
