
Tansy wstała. W jej nienaturalnie rozszerzonych oczach płonęły ogniki.
— W takim razie nie czujesz do mnie nienawiści? Nie myślisz, że zwariowałam?
Wziął ją w ramiona.
— No coś ty!
Zaniosła się płaczem.
* * *
Godzina 21:33. Znowu siedzieli na wersalce. Tansy przestała płakać, ale nadal miała głowę wspartą na ramieniu męża. Przez chwilę nic nie mówili.
W końcu odezwał się Norman, obłudnie łagodnym tonem, jakim posługuje się lekarz, mówiąc pacjentowi, że konieczna będzie druga operacja:
— Oczywiście, musisz teraz z tym skończyć.
Momentalnie uniosła głowę.
— Nie, Norm, tylko nie to.
— Czemu? Dopiero co przyznałaś, że to nie ma sensu. Dziękowałaś, że otworzyłem ci oczy.
— Wiem, ale mimo to… Nie zmuszaj mnie, Norm.
— Bądź rozsądna, Tansy. Wykazałaś się dojrzałym podejściem do sprawy i jestem z ciebie dumny, ale zrozum, nie możesz zawrócić w pół drogi. Skoro postanowiłaś zwalczyć w sobie tę słabość, musisz być wytrwała. Wywal cały ten kram z garderoby, te amulety, które tam pochowałaś, wszystko bez wyjątku.
Pokręciła głową.
— Nie zmuszaj mnie, Norm — powtórzyła. — Daj mi czas. Czułabym się naga.
— Wcale nie. Poczujesz się silniejsza, bo okaże się, że rzekoma magia jest niczym innym jak twoim wrodzonym talentem i zdolnościami.
