
— Nie, Norm. Czemu mam z tym kończyć? Co to zmieni? Sam powiedziałeś, że to tylko nieistotne przyzwyczajenia.
— Od kiedy się o nich dowiedziałem, nie są już wyłącznie twoją sprawą. Ponadto — dodał groźnym tonem — są to dość niezwykłe przyzwyczajenia.
— Ale czemu nie mogę z tym skończyć etapami? — błagała niczym dziecko. — No wiesz, na początek przestanę tworzyć nowe zaklęcia, zostanę przy starych.
Pokręcił głową.
— Nic z tego. To jak zrywanie z nałogiem picia. Trzeba się całkowicie odciąć od przeszłości.
— Norm, nie wymagaj tego ode mnie — sprzeciwiła się podniesionym głosem. — Nie dam rady.
Zaczynał wierzyć, że ma do czynienia z dzieckiem.
— Nie masz wyboru, Tansy.
— Ale czy stało się coś złego z powodu mojej magii? — Dziecięcy upór był podszyty strachem. — Nigdy nikogo nie skrzywdziłam, nie prosiłam też o rzeczy niemożliwe, na przykład żebyś z dnia na dzień stał się rektorem uczelni. Chciałam cię tylko ochraniać.
— Tansy, a jakie to ma znaczenie?
Oddychała ciężko.
— Pamiętaj, że nie biorę odpowiedzialności za to, co ci się przydarzy, jeśli każesz mi przestać.
— Tansy, pomyśl logicznie. Po kiego licha mi taka ochrona?
— Aha, wydaje ci się, że wszystko, co w życiu osiągnąłeś, zawdzięczasz samemu sobie? Nie widzisz, że zawsze miałeś łut szczęścia?
Zdenerwował się, bo przypomniał sobie, że nie tak dawno też się nad tym zastanawiał.
— Słuchaj, Tansy…
— Łudzisz się, że wszyscy cię lubią i życzą ci jak najlepiej, co? Myślisz, że ci krwiożercy w Hempnellu to potulne kiciusie z przyciętymi pazurkami? Lekceważysz ich zawiść i intrygi jak coś banalnego, niegodnego twojej uwagi. A zatem, wiedz…
_ Tansy, po co od razu krzyczeć?
— Wiedz, że są tu ludzie, którzy życzą ci śmierci. Którzy ukatrupiliby cię już dawno temu, gdyby mieli okazję!
