
— Tansy!
— Jak ci się zdaje, co czuje do ciebie Evelyn Sawtelle, skoro poniżasz jej męża strachajłę w wyścigu o stanowisko kierownika katedry socjologii? Myślisz, że chce ci upiec ciasto? Tort czekoladowy z wiśniami? A Hulda Gunnison, czy cieszy się z twojego wpływu na jej męża? Głównie przez ciebie nie jest już kierowniczką dziekanatu dla mężczyzn. A pani Carr, ta obleśna zołza. Czy podoba jej się, jak twoja polityka swobody i szczerości w kontaktach ze studentami wyszydza jej świętoszkowatość? Seks to takie brzydkie słowo, ciągle mówi. Nie wiesz, jak te babska wspierają swoich mężów?
— Boże, po co wałkować ten temat uczelnianych przepychanek?
— Myślisz, że ograniczają się do samej ochrony? Myślisz, że kobiety tego pokroju przestrzegają granic białej i czarnej magii?
— Tansy! Co ty wygadujesz? Jeśli chcesz powiedzieć… Wiesz co, kiedy tak cię słucham, mam wrażenie, że jesteś czarownicą!
— Doprawdy? — Rysy tak się jej zbiegły, że na chwilę uwypuklił się zarys czaszki. — Może i nią jestem. I może powinieneś mi za to dziękować.
Złapał ją za rękę.
— Cierpliwie słucham twoich niedorzecznych argumentów, ale to już przesada. Przydałoby się wreszcie trochę zdrowego rozsądku!
Skrzywiła usta z jadowitą miną.
— Rozumiem. Do tej pory były kwiatki, teraz przywalisz mi doniczką. Jeśli ci się sprzeciwię, wywiozą mnie do wariatkowa, mam rację?
— Oczywiście, że nie! Ale musisz się pozbierać.
— W życiu!
— Tansy…
* * *
Godzina 22:13. Złożona kołdra aż podskoczyła, gdy Tansy rzuciła się na łóżko. Łzy znowu pociekły po zaczerwienionej twarzy, ale w końcu obeschły.
— Dobrze — oznajmiła zduszonym głosem. — Będzie, jak sobie życzysz. Spalę wszystkie rzeczy.
Kręciło mu się w głowie. Dziwił się, że tyle dokonał bez pomocy psychiatry.
