
— Doszedłeś do swych wniosków bez materiału z Meduzy? Posiadasz wyjątkowy umysł.
— Wychowano mnie do tej pracy. — Westchnął. — Jeśli przeżyję, spotkamy się. I to wkrótce. Jeśli zaś nie, wówczas ci pozostali, tak różni teraz ode mnie, sami pociągną to dalej.
— Byłoby rzeczą fascynującą mieć tak was wszystkich pięciu razem. Warto nad tym się zastanowić.
— Owszem, mogłoby to być fascynujące, jednakże jestem przekonany, że nie byłbym najbardziej popularną osobą w tej małej grupie.
— Być może. Być może. Podejrzewam, iż mielibyśmy tam cztery jednakowo inteligentne, jednakowo ambitne, choć całkiem różne indywidualności. Niemniej dzięki za ostrzeżenie i za twą propozycję. Przekażę szczegóły odpowiednim władzom. Ja również mam nadzieję, że uda się uniknąć wojny totalnej… Potrzebne jednak do tego będą głowy mądrzejsze od mojej. — Przerwał. — Powodzenia, mój nieprzyjacielu — dodał zupełnie szczerze i przerwał połączenie.
Mężczyzna siedział kilka chwil, wpatrując się w pusty ekran. Nie rozważyłeś bowiem wszystkich implikacji…
Coś uszło jego uwadze. Morah zachowywał się zbyt naturalnie; był zbyt pewny siebie. Brakowało tu jednego elementu, jednej bardzo ważnej informacji. Być może znajdzie ją na Meduzie. Musi tam się znajdować.
Lustro, lustro…
Nie miał ochoty wracać do tamtego pomieszczenia. Czekała tam śmierć, nie tylko na niego, ale i na miliony innych istot.
Cóż, w tej sprawie mój umyśl jest jakby rozdwojony…
Zachowanie Moraha… czy to tylko blef i brawura? Czy może miał podstawy, by być tak pewnym siebie?
— Czyż mógłbym cię okłamywać?
Wzdychając ciężko, wstał z fotela i poszedł do pomieszczenia laboratoryjnego, znajdującego się w tylnej części statku wartowniczego.
2.
Drzwi pomieszczenia — jak na ogół nazywał swe laboratorium — otworzyły się i zamknęły z sykiem, który przywodził na myśl skojarzenia z czymś ostatecznym.
