
— Oni wszyscy… tobą? Fascynujące. W pewnym sensie to krok do przodu w stosunku do tych robotów Rreegana. W porządku… zgadzam się. Być może moglibyśmy zawrzeć jakiś układ. Podejrzewam jednak, że skoro przeżyłeś wraz z nimi ich doświadczenia, nie jesteś już całkiem tym samym człowiekiem, którego tu wysłali… i twoi mocodawcy o tym wiedzą. Tego pierwszego jestem pewny, skoro w ogóle doszło do naszej rozmowy. Drugie wnioskuję na podstawie twych wypowiedzi. Wygląda na to, że nie spodziewasz się wyjść cało z następnej potyczki w swoim laboratorium. A to zostawiłoby mnie przecież na lodzie. Jakikolwiek bowiem zawarty między nami układ niewiele będzie znaczył dla twoich szefów. Niemniej jestem pod wrażeniem twych wysiłków… i twojego poświęcenia. Ale… nie musisz przecież wracać do tego laboratorium.
Agent patrzył wprost w ekran, prosto w te niesamowite oczy, w które nikt nie był w stanie spojrzeć.
— Jeśli mnie znasz, to wiesz, że muszę. Choć oficjalnie zwą mnie skrytobójcą, to nie jestem jednak mordercą do wynajęcia. Mam po prostu pracę do wykonania… O ile jej podołam.
— Załóżmy, tak hipotetycznie, że jeśli uda ci się przetrwać to ostatnie wejście i prześlesz swój raport, to co wówczas uczynisz? Dokąd się udasz? Bo na pewno nie wrócisz do Konfederacji.
— Czy jest to hipotetyczna oferta zatrudnienia? — Uśmiechnął się.
— Być może. Mam nadzieję, że przeżyjesz. Dłuższa rozmowa z tobą byłaby dla mnie wielce interesująca.
— Wystarczy, że porozmawiasz z Parkiem. — Roześmiał się. — Albo z Calem Tremonem czy z Qwin Zhang. Lub… hmm… a niech to diabli, nie wiem, jak się nazywam na Meduzie. Jeszcze do tego nie dotarłem.
Słowa te wywarły duże wrażenie na Morahu.
