
Życie takie, w którym delikwent nie wie nawet, gdzie był i co robił, może wydawać się dziwne, jednak ma ono swoje plusy. Skoro potencjalny wróg, czy to polityczny, czy wojskowy, wie, iż wymazano ci, co trzeba, możesz sobie praktycznie wieść normalne, spokojne życie po zakończeniu każdej misji. Nie ma sensu cię likwidować, bo przecież nie posiadasz wiedzy na temat tego, co zrobiłeś, dlaczego to zrobiłeś, czy dla kogo to zrobiłeś. W nagrodę za te przerwy w życiorysie agent Konfederacji prowadzi żywot przyjemny i luksusowy, otrzymuje niemal nie ograniczoną liczbę pieniędzy i wszystko, co jest mu potrzebne do życia w komforcie. Ja osobiście obijałem się tu i tam, pływałem, uprawiałem hazard, jadałem w najlepszych restauracjach, grałem w różne gry zręcznościowe i w tenisa, w czym byłem me tylko niezły, ale co pozwalało mi również utrzymywać dobrą kondycję fizyczną. Życie takie sprawiało mi wielką przyjemność, oczywiście z wyjątkiem regularnych sześciotygodniowych treningów związanych z ciągłym przekwalifikowaniem, treningów przypominających szkolenie wojskowe, tyle że o wiele bardziej przykrych. I nigdy nie miewałem wyrzutów sumienia z powodu takiego trybu życia. Treningi nie pozwalały, by ciało lub umysł zmiękły od zbytnich komfortów. Implantowane na stałe czujniki nieustannie monitorowały wszystkie najważniejsze parametry i decydowały o tym, kiedy przydałaby ci się „odnowa biologiczna”.
Często zastanawiałem się nad tym, jak bardzo wyrafinowane są te czujniki. Myśl bowiem, iż cała służba bezpieczeństwa mogłaby oglądać moje ekscesy, z początku baranie irytowała, ale po jakimś czasie nauczyłem się w ogóle o tym nie myśleć.
