
Nie zwlekałem ani chwili, kiedy drzwi się otworzyły. Na zewnątrz biała płyta z wymalowanymi konturami stóp wskazywała jednoznacznie, gdzie należy stanąć. Zrobiłem, co mi polecono, choć było to bardzo irytujące. Całkowita nagość i osamotnienie na statku kontrolowanym jedynie przez komputer upokarzało człowieka, powodowało uczucie totalnej bezradności.
Rozejrzałem się i stwierdziłem, iż miałem rację. Staliśmy w długim, zamkniętym z obu końców korytarzu, po bokach którego znajdowały się malutkie cele. Popatrzyłem w prawo i w lewo i zorientowałem się, że jest nas jakiś tuzin, na pewno nie więcej. Sama śmietanka, pomyślałem kwaśno. Garstka mężczyzn i kobiet, nagich i sponiewieranych, których trzeba przetransportować i pozostawić swojemu losowi. Zastanawiałem się, dlaczego akurat ich zdecydowano się zesłać, pomimo związanych z tym kosztów, zamiast po prostu poddać praniu mózgów. Cóż takiego komputery i kolesie psychoeksperci znaleźli w tych przygnębiających okazach, co zadecydowało, iż powinny one żyć? Oni sami tego nie wiedzieli, to pewne. Ciekaw byłem, kto wiedział.
Drzwi się zamknęły. Czekałem w napięciu na krzyk kogoś, kto nie ruszał się dość szybko i być może zaskoczyło go nagłe wypompowywanie powietrza, ale nic nie usłyszałem. Jeśli nawet ktoś wybrał takie rozwiązanie, nie było to w żaden sposób widoczne.
— Na mój rozkaz — szczeknął głos z głośników pod sufitem — wykonacie zwrot w prawo i pójdziecie powoli gęsiego tak daleko, jak się da. Dojdziecie w ten sposób do specjalnego promu, który przewiezie was na powierzchnię planety. Zajmiecie miejsca, poczynając od przodu statku, nie zostawiając wolnych. Pasy macie zapiąć natychmiast po zajęciu miejsc.
Usłyszałem jakieś pomruki z ust moich towarzyszy niedoli. Natychmiast rozległ się syk i krótki, ale ostry promień światła uderzył w podłogę obok tych, którzy ośmielili się wyrażać jakieś niezadowolenie. Podskoczyli, reagując w ten sposób na tę demonstrację siły, wszelkie jednak pomruki i szepty ucichły.
