
— W kosmosie rozgrywa się wojna — mówił dalej Yamagata. — Daleko stąd. W Pasie Asteroid.
— Tutaj także docierają pogłoski — odparł wielki lama, a jego głos był niewiele głośniejszy od cichego pomruku.
— Kilka dni temu zginęło ponad tysiąc ludzi — zająknął się Yamagata. — Zostali zamordowani. W kosmicznym habitacie.
Twarz wielkiego lamy poszarzała.
Czując, jak serce łomocze mu w piersi, Yamagata wreszcie wyrzucił z siebie:
— To mogła być moja wina! To ja mogłem być przyczyną ich śmierci!
Wielki lama chwycił obiema rękami swoją szatę barwy szafranu. Yamagata pomyślał, że stary człowiek doznał ataku serca. Stał przed wielkim lamą, złamany wstydem i winą, milczący, gdyż nie znajdywał słów na wyrażenie tego, co czuł.
Kiedy w końcu wielki lama odzyskał panowanie nad sobą, spojrzał w oczy Yamagaty, spojrzeniem, które przeszywało aż do głębin duszy.
— Czy przyjmujesz na siebie odpowiedzialność za te śmierci? — spytał głosem twardym jak stal.
Dla dumnego, potężnego Yamagaty, nie było łatwo stać przed niemłodym, odzianym w skromną szatę lamą, i prosić go o przebaczenie. Bał się, że stary człowiek wypędzi go z klasztoru, upokorzy go, oskarży o to, że zanieczyszcza powietrze, którym oddychają.
— Przyjmuję — wyszeptał.
— Od czterech lat żyjesz wśród nas — oświadczył wielki lama — ale nie jako jeden z nas. Wykorzystywałeś nasze sanktuarium i naszą drogę życia dla osobistej wygody.
Yamagata milczał. To była prawda.
Powoli, w słowach twardych jak kamienie górskiego orlego gniazda, wielki lama oznajmił Yamagacie, że musi szukać prawdziwej pokuty, w przeciwnym razie będzie już zawsze uginał się pod ciężarem win.
— Jak mam to zrobić? — spytał Yamagata.
