
Yamagata był potężnie zbudowanym mężczyzną, mierzył ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i nie wyglądał na więcej niż pięćdziesiąt lat, dzięki terapii odmładzającej. W młodości był smukły jak samurajski miecz, ale lata dobrobytu w pierwszym życiu zmiękczyły jego rysy i zaokrągliły ciało oraz twarz. Rak wyżarł większość z tego, a lata spędzone w klasztorze zapewniły mu szczupłą sylwetkę. Kiedy jednak opuścił Himalaje, by rozpocząć swoje trzecie życie, szybko znów zaczął odnajdywać przyjemność w jedzeniu i piciu. Teraz ponownie miał lekko pulchne kształty, a jego przemoknięty, poplamiony kombinezon już zaczynał uwypuklać te krągłości. Miał okrągłą twarz pociętą licznymi zmarszczkami od częstego uśmiechania się. W swoim pierwszym życiu Yamagata śmiał się wiele, choć w latach, które spędził na pokucie i wyrzeczeniach, w kamiennej fortecy łamów, wysoko w Himalajach, śmiech był rzeczą cenną i rzadką.
Odświeżony po wyjściu spod prysznica, odziany w idealnie czystą koszulkę i modne ciemne spodnie, Yamagata ruszył na mostek statku. Pomyślał o odwiedzeniu swoich gości, ale uznał, że zobaczy ich później, przy obiedzie. Gdy tylko wkroczył na mostek przez otwartą klapę, japońska załoga stanęła na baczność z szacunkiem.
Yamagata machnął ręką, by wrócili do swoich obowiązków, i zwrócił się do kapitana.
— Czy jesteśmy gotowi do wysłania lądownika na powierzchnię planety?
Kapitan usiłował przybrać obojętny wyraz twarzy, ale dla Yamagaty było oczywiste, że ten pomysł mu się nie podoba.
— Sir, nie ma potrzeby, by schodził pan na powierzchnię — rzekł, prawie szeptem. — Mamy na statku wszystkie niezbędne urządzenia automatyczne…
