
Wręczył jej parę ciemnych okularów, ale nawet one nie dawały wystarczającej ochrony, musiała zasłonić oczy przed bijącym ze środka oślepiającym światłem. Zrozumiała, co to za pomieszczenie: sala, w której przechowywano święte słońca.
Ram wyjaśnił: Gdy Lemurowie dostali płomień Wielkiej Światłości, bardzo się o niego troszczyli. Okazało się jednak, że trudno jest trzymać go w całości. Podzielili więc płomień na większe i mniejsze słońca. Największą część wykorzystano oczywiście w wielkim słońcu świecącym nad stolicą, miało wszak rozjaśniać całą krainę. Złocista kula błyszcząca nad Sagą była tą pozostawioną na Ziemi, którą zdobyć pragnęli źli rycerze i którą w końcu odnalazł i przyniósł do Królestwa Światła Dolgo.
Światło jednak potrzebne jest przy wielu okazjach, sporządzono więc mniejsze słońca różnych rozmiarów. Niektóre miały wielkość odpowiednią do oświetlenia nowych miast, najmniejszych używano w malutkich latarkach w kształcie długopisu. Wszystkie je zamykano w pojemnikach z materiału przypominającego szkło i w ten sposób płomień pozostawał pod kontrolą.
– Ach, czy nie mogłabym dostać jednego słońca? – spontanicznie wykrzyknęła Miranda.
Ram przyjrzał się jej badawczo.
– A do czego?
Miranda wiedziała, że tym razem nie opłaca się mówić prawdy.
– Chciałabym poeksperymentować w domu, w piwnicy – odparła szybko. Brzydziła się kłamstwem, ale teraz czuła się do tego zmuszona. – Nie mówię o żadnym wielkim słońcu, ot, takim sobie, średnim. Mniej więcej takim.
Pokazała ręką. Takie, które zmieściłoby się w dłoni.
– Nie ma problemu – stwierdził Ram, nic nie przeczuwając, a Mirandę ogarnęły najczarniejsze wyrzuty sumienia. – Co to za eksperyment? – spytał z uśmiechem.
