
– Eee… takie… zarodniki – wyjąkała niepewnie. – Chciałabym doprowadzić do ich rozwoju, przekonać się, co z nich właściwie wyrośnie.
Doszła do wniosku, że nie jest to całkiem niezgodne z prawdą, rzeczywiście na pewnym korzeniu drzewa znalazła coś, co ją zainteresowało. Ale zajmować się rozwojem?
Ram skinął głową.
– Tylko bądź ostrożna z zarodnikami – ostrzegł. – Za mało wiemy o nieznanych gatunkach, a w najgorszym przypadku może się zdarzyć, że zaczną się rozmnażać zbyt szybko i gwałtownie.
– Będę uważać – obiecała, zadowolona, że nie musi dalej brnąć w kłamstwa.
Miranda poczuła, że wśród wszystkich tych słońc miłości sama staje się lepsza. Natychmiast powiedziała o tym Ramowi.
– Bo jesteś dobrym człowiekiem, Mirando – uśmiechnął się do niej ciepło. – I słusznie nazywasz je słońcami miłości. Ale tak samo jak miłość może zmienić się w gorycz i nienawiść, tak i te słońca mogą zwrócić się ku złu, jeśli poddane zostaną wpływowi złych istot. Takich, jakimi są na przykład kryminaliści z miasta nieprzystosowanych.
No tak, potrafiła sobie wyobrazić ten proces.
Ram, który dawno już zapomniał o ich krótkiej rozmowie na temat ofiarowania światła Królestwu Ciemności, wyszukał niedużą kulkę wielkości mniej więcej piłeczki do tenisa. Z magazynu przyniósł światłoszczelną kasetkę, umieścił w niej słońce i zamknąwszy ją dokładnie, dał Mirandzie, życząc jej powodzenia w hodowli. Sumienie Mirandy nie było już czarne jak noc, przypominało raczej śnieg w fabrycznej dzielnicy.
Jeszcze raz weszli do owej niezwykłej „szafy”, w której rozpadli się na cząsteczki, zdolne przenikać ziemię, przestrzeń, każdą materię. Wkrótce byli już na górze i znów Ram otwierał kolejne drzwi za pomocą swej tabliczki z kodem. Miranda zrozumiała, że do sali słońc raczej nigdy już nie wróci, jeszcze raz więc podziękowała Ramowi za jego pomoc. Mało brakowało, a dodałaby: „Nie pożałujesz tego, co zrobiłeś”, w porę jednak się zorientowała, że te słowa mogłyby obudzić podejrzliwość Strażnika.
