
Pewne zróżnicowanie w rytmie doby istniało także i tutaj, wyćwiczonym wzrokiem, takim jaki mieli wojownicy leśnego plemienia, dawało się dostrzec zmierzch, a o „poranku” rosa parowała z trawy i mgła bawiła się ponad domami w wiosce i nad łąkami wśród lasów. Gondagil, który rzadko przebywał w osadzie, cały niemal czas spędzając w lesie, lubił obserwować te ledwo zauważalne zmiany.
Zjawisk tych nie wywoływało wschodzące i zachodzące słońce, lecz po prostu ciepło ziemi. Poza tym w Ciemności odbijała się także migotliwa gra świateł w jasnej krainie.
Pewien zły człowiek, który przed wielu laty wyszedł z Królestwa Światła i padł później ofiarą bestii, zdążył im sporo opowiedzieć o swojej krainie. Ludzie Timona wiedzieli więc, że Strażnicy potrafią sterować światłem Świętego Słońca, tak aby w nocy było bardziej przytłumione. Różnicę ledwie dawało się zauważyć, bo przecież regulowane osłony zbudowano tylko wokół jednej złocistej kuli, tej nad stolicą.
Harama przeszedł dreszcz. Od strony Gór Umarłych dobiegło wycie. Stale docierało do krainy Timona, położonej w pobliżu rozciągających się na horyzoncie czarnych szczytów.
Myśli Gondagila poszybowały do tamtego niezwykłego dnia, gdy wraz z Haramem stali dość wysoko w punkcie obserwacyjnym na granicy kraju i spoglądali w dół w stronę muru.
Coś się tam wydarzyło. Niczego podobnego nie widzieli ani wcześniej, ani później. Znajdowali się zbyt daleko, by dostrzec wszystko, co się działo, spostrzegli jednak, jak bestie gonią niedużą dziewczynkę uciekającą ku murom Królestwa Światła. Nie wiedzieli, że mała ma na imię Siska, zresztą raczej wcale by ich to nie zainteresowało.
