
Potem on wróci. Uśmiech rozjaśnił jego ostre, męskie rysy i nadał czekoladowym oczom ciepły wyraz, który przyprawiłby Marvelle o migotanie przedsionków. Tak, wróci, z kieszeniami wypchanymi dwudziestodolarówkami. Wjedzie do miasta cadillakiem rocznik 62, jednym z wielu swoich samochodów, wbity we włoski garnitur i bogatszy niż Longstreetowie.
A oto i Marvella, wychudła i blada z udręki. Stoi na rogu, przed drogerią Larssona, przyciskając dłonie do miękkich, poduszastych piersi, a po jej twarzy płyną łzy.
A kiedy opadnie na kolana, szlochając i zawodząc, i powie, jak jej przykro, że była taką cholerną dziwką, on może, kto wie, może jej wybaczy.
Cudowna wizja wpłynęła kojąco na jego nerwy. Kiedy słońce przygrzało łagodząc ostry chłód, a jasne ogniki zatańczyły w mrocznej wodzie, zaczął rozważać fizyczny aspekt ich pojednania.
Zabierze ją do Sweetwater po odkupieniu uroczej starej plantacji od Longstreetów, którym powinęła się noga. Będzie zachwycona, zadziwiona jego bogactwem. Jako dżentelmen o romantycznej naturze, powiedzie ją po długich, kręconych schodach.
Ponieważ Bobby Lee nigdy nie był na piętrze w Sweetwater, musiał uruchomić wyobraźnię. W rezultacie sypialnia, do której miał wnieść drżącą Marvelle, przypominała apartament hotelowy w Vegas, szczyt dobrego smaku według wyobrażeń Bobby'ego Lee Fullera.
Ciężkie czerwone kotary, łoże w kształcie serca wielkie jak jezioro, dywany tak puszyste, że się w nich brodzi. Gra muzyka. Coś klasycznego, pomyślał. Bruce Springsteen albo Phil Collins. Tak, Marvella miała hopla na punkcie Phila Collinsa.
Potem położy ją na łóżku. Jej oczy będą wilgotne, kiedy ją pocałuje. Będzie powtarzała w kółko, jaka była głupia, jak bardzo go kocha. Poświęci resztę życia, by uczynić go szczęśliwym, by uczynić go swym królem.
