
Tam doznała szoku. Okazało się, że głos, który przedtem słyszała, wcale nie należał do jej syna. To musieli być tragarze, bo wszystkie meble Vinnie zniknęły.
Dziewczyna właśnie stanęła w drzwiach.
– Czy już odjechali? – spytała ciotka grubym głosem.
– Tragarze? Tak, już ich nie widać. Proszę, to są nici.
– Nici? Ach, tak, tak.
Dom, w którym zamieszkać miała Vinnie, leżał w Sarpsborg. Jak Kamma zdoła…?
– Kiedy się przeprowadzasz?
– Pojutrze będę już chyba gotowa.
– Odwiozę cię, dopilnuję, by wszystko znalazło się na właściwym miejscu.
– Nie ma takiej potrzeby, ciociu Kammo, wiem dokładnie, jak chciałabym się urządzić.
– Tego się właśnie obawiam. Nigdy nie miałaś gustu, Vinnie, nie masz pojęcia, jak należy stylowo umeblować pokój. No i zasłony…
– Pani, u której mam zamieszkać, powiedziała, że tam już są zasłany i sporo mebli. Na pewno wszystko będzie dobrze, a ty chcesz chyba być w domu, kiedy przyjedzie Hans-Magnus?
Kamma umilkła, ale myśli jej nadal gorączkowo pracowały. Musi jakoś zdobyć ten list!
Przejąć testament, zanim Vinnie go zobaczy.
Świadkowie, Johannessenowie, już się nie liczą.
Doskonale!
Gdyby tylko Hans-Magnus przyjechał samochodem, mogliby pojechać do nowego domu Vinnie. Dlaczego on nie wraca?
Nadeszło popołudnie.
– Vinnie – zadźwięczał miękki jak aksamit głos ciotki Kammy, tym razem jednak słychać w nim było ton wzburzenia.
Dziewczyna stanęła w drzwiach. Swoim zwyczajem szła z pochyloną głową, jak gdyby spodziewała się łajania i razów. Głupie dziewuszysko, przecież nigdy jej nie uderzyłam, pomyślała Kamma zirytowana.
Może i tak, ale bolesne ciosy można zadawać nie tylko przy użyciu pięści.
– Stań prosto! Weź się w garść! Już czas iść na spotkanie.
Vinnie odruchowo zadrżała. Spotkania na swój sposób pociągały ją, ale i odpychały. Ciotka Kamma była żarliwą zwolenniczką osobliwej sekty założonej przez pastora Pruncka. Vinnie chodziła razem z ciotką, bo Kamma tego żądała, i być może także dlatego, że pastor jako jedyny traktował ją jak człowieka posiadającego własną wartość.
