
Oparł głowę o szybę samochodu.
– Nie dano mi pozwolenia na udział w tej wyprawie – rzekł z uśmiechem. – Ale cieszę się, że mogę być razem z wami.
– My też bardzo się z tego cieszymy – zapewnili go jednogłośnie. Domyślali się, że jego życie ostatnio musiało upływać w przerażającej samotności.
Zapadła cisza.
– Zasnął? – spytał po chwili Antonio.
Unni bacznie przyjrzała się Jordiemu.
– Mam nadzieję, że właśnie tak się stało, a nie że zatruł się tą drożdżówką od Vesli.
Siedzieli w milczeniu, pozwalając Jordiemu spać. Unni znów ujęła jego dłoń.
Na pewno czuje, że teraz jest bezpieczny, pomyślała na pocieszenie w przekonaniu, że spełnia dobry uczynek.
Dotarli niemal do krańca jeziora Hornindal, kiedy Morten oznajmił, że znów musi wyjść. Samochód stanął. Vesla powiedziała, że to naprawdę wspaniale, iż Morten odczuwa potrzeby fizjologiczne i że wszyscy powinni się z tego cieszyć razem z nim. Jordi się przebudził, a Unni zaraz mu wytłumaczyła, dlaczego się zatrzymują. On tylko pokiwał głową.
– Wydaje mi się, że wszystkim nam dobrze zrobi rozprostowanie kości – stwierdził Antonio, opuszczając samochód.
Wieczór był zimny i pogodny. Dokładnie widzieli teraz jezioro w blasku księżyca.
Zebrali się z powrotem przy samochodzie, gdy nagle Morten zaczął wołać.
– Co się znowu takiego stało? – burknęła Unni.
Tymczasem Morten, podpierając się kulami, przemieszczał się w ich stronę.
– Spójrzcie tam! – zawołał podniecony, wskazując jedną kulą na brzeg jeziora.
Vesla czym prędzej podtrzymała go, ratując przed upadkiem.
Odwrócili głowy w stronę, którą im wskazał.
– Co tam znowu? – zdziwiła się Vesla. – Ja nic nie widzę.
– Ja też nie – zapewnił Antonio.
– Za to ja widzę – oznajmiła Unni.
– I ja także – powiedział Jordi wolno, bardzo zatroskany.
Stali niczym kamienne posągi, wysokie, czarne, z nagimi, wygolonymi na gładko głowami.
