
– O co w tym wszystkim chodzi?
– Tego nie wiem. Po części dlatego, że rycerze wydają się jakby związani czymś w rodzaju przysięgi milczenia, po części zaś, ponieważ mnisi, którzy należeli do sądu inkwizycyjnego, obcięli im języki.
– O rany! Czy to znaczy, że ta historia ma jakiś związek z religią?
– Nie, nie przypuszczam, żeby tak było. W każdym razie nie bezpośredni.
– Ale w jaki sposób się porozumiewacie?
– Za pomocą siły myśli. Rycerze są niezwykle dumnymi ludźmi i nie chcą nawet próbować posługiwać się mową, nie posiadając języków.
– Doskonale to rozumiem – przyznał Antonio.
– Spójrzcie, zniknęli! – zawołała Unni, która przez cały czas trzymała się tak blisko braci, iż niemal deptała Jordiemu po palcach. Właśnie jego bowiem starała się trzymać najbliżej. On przecież był najsilniejszy, tak jak twierdzili rycerze, chociaż sama Unni nie bardzo potrafiła zdefiniować, na czym miałaby polegać jego siła. Owa siła po prostu tkwiła w nim pomimo oczywistego ubóstwa i ciężkich przejść, które wycieńczyły jego organizm.
Morten poddał się i wsiadł do samochodu.
– Zniknęli bez śladu, a my nie zrobiliśmy żadnych zdjęć, do diabla! – westchnęła Unni z pewną ulgą, ale i oskarżycielsko.
– No to jedziemy dalej! – postanowił Jordi.
Podróż trwała w kompletnej ciszy wśród blasku księżyca, który zalał teraz piękny krajobraz. Wszyscy siedzieli pogrążeni w myślach. Unni podświadomie przysunęła się bliżej Jordiego. Czuła się samotna i przestraszona spotkaniem z bohaterami tego niezrozumiałego dramatu, w który została wciągnięta.
Jordi nie miał innego wyjścia, jak tylko opiekuńczo objąć ją ramieniem, jeśli w ogóle mieli jakoś się pomieścić. Bijący od niego lodowaty chłód wprost mroził Unni, lecz dziewczynie nie przyszło nawet do głowy, by się od Jordiego odsunąć. Westchnęła tak głęboko, że zabrzmiało to niczym szloch.
„Trzeba położyć kres wszelkiemu cierpieniu!”
W tych słowach krył się klucz do całej zagadki.
