
Morten wydawał polecenia:
– Skręć trochę na prawo, Antonio, to wjedziemy na dziedziniec!
– Dobrze, że nie ma śniegu, w którym zostałyby ślady – zauważyła Vesla, oglądając się w tył. – Nikt nas tutaj nie znajdzie.
– Nikt żywy – dodał Jordi cicho.
– Zamilknijże wreszcie, ty proroku nieszczęścia! – uśmiechnął się dobrodusznie Antonio. – Ale naprawdę uważasz, że ci upiorni mnisi mogą przekazać wiadomość Leonowi i jego bandzie?
– Tego nie wiem – odparł Jordi. – Ponieważ jednak ja mogę się komunikować z rycerzami…
Nie zabrzmiało to zbyt optymistycznie.
Jakiś starszy mężczyzna otworzył drzwi do garażu i Antonio ostrożnie wprowadził samochód do środka. Drzwi zamknięto i mężczyzna zapalił w końcu latarkę.
– Witajcie! – odezwał się ciepło. – Weźcie swoje bagaże i idźcie tymi schodami!
Wchodzenie po schodach nie było akurat specjalnością Mortena, na szczęście te zaopatrzone były w poręcz, której mógł się przytrzymywać, i przy solidnym wsparciu przyjaciół oraz wtórze licznych postękiwań wdrapał się w końcu na górę.
Gudrun, babcia, powitała go tam uściskami i potokiem łez.
– A oto i twoi przyjaciele – powiedziała, odezwawszy się wreszcie do wnuka. – Ty musisz być Unni! Ale, drogie dziecko, jesteś dosłownie sina z zimna! Ogrzewanie w samochodzie nie działa?
– Hm, zmarzłam z innego powodu – mruknęła Unni, nie patrząc na Jordiego.
– A ty jesteś Antonio, prawda? Lekarz i w ogóle. To niezwykle praktyczne rozwiązanie. Ty natomiast musisz być Vesla, Morten bardzo chwalił twoją opiekę podczas podróży.
A potem babcia Gudrun zamilkła. Kiedy stanęła przed Jordim, na jej twarzy odmalował się wyraz zaskoczenia. Nic zresztą w tym dziwnego. Doprawdy, trudno było orzec, skąd się on wywodzi, czy przynależy do królestwa życia, czy też śmierci. Łatwo natomiast starsza pani teraz odgadła, dlaczego Unni tak bardzo przemarzła.
