— Słyszałem, że za plecami nazywają cię Vasquez Czerwonoręki.

— A jeśli nawet, to nie twój zasrany interes.

Wzruszyłem ramionami.

— Nie wiem. A z drugiej strony, jaki interes masz w tym, co tam było między mną a Gittą? Dobrze już, Mirabel. — Zaciągnął się papierosem dłużej niż zwykle. — Chyba się rozumiemy. Nie lubię, jak ludzie mnie o niektóre sprawy wypytują, a ty nie lubisz, jak ludzie ciebie o niektóre rzeczy wypytują. Ja tam nie wiem, człowieku, może rżnąłeś Gittę. — Patrzył, jak się najeżam. — Ale, jak powiedziałeś, nie mój interes. Więcej nie zapytam. Nawet o tym nie pomyślę. A ty wyświadcz mi przysługę, dobrze? Nie nazywaj mnie Czerwonorękim. Wiem, że Reivich zrobił ci coś paskudnego w tej dżungli. Gadali, że było to bardzo nieprzyjemne i omal nie umarłeś. Ale zrozum jedno: mamy tu przewagę liczebną. Moi ludzie cały czas was obserwują. Więc lepiej, żebyś mnie nie obrażał. A jeśli mnie wkurzysz, to tak ci dam popalić, że to, co ci zrobił Reivich, uznasz za koci-łapci.

— Moim zdaniem — odezwał się Dieterling — powinniśmy wierzyć temu dżentelmenowi. Zgadzasz się, Tanner?

— Powiedzmy, że obaj dotknęliśmy swoich czułych punktów — odparłem po dłuższym milczeniu.

— Taa — potwierdził Vasquez. — To mi się podoba. Ja i Mirabel jesteśmy gwałtownikami i musimy mieć nieco wzajemnego szacunku dla swoich wrażliwości. Zgoda. Pójdźmy na pisco i czekajmy, aż Reivich zrobi ruch.

— Nie chcę zbytnio oddalać się od mostu.

— Da się zrobić.

Vasquez przecierał nam drogę, rozpychając się niefrasobliwie w tłumie wieczornych spacerowiczów. Z najniższego poziomu spiętrzonych gondoli dobiegało zawodzenie akordeonu, powolne i uroczyste jak pieśń żałobna. Spacerujący parami po ulicach młodzi wyglądali raczej na miejscowych niż arystokratów. Ubrani tak, jak im na to pozwalały środki, autentycznie swobodni, przystojni ludzie o roześmianych twarzach, szukali miejsca, gdzie mogliby coś zjeść, w coś pograć lub posłuchać muzyki.



10 из 372