— Coś w tym sensie, Wężu — odparł Vasquez i poklepał nas po plecach. — Dobrze, chłopcy, idźcie i zabijcie tę pośmiertną plamę gówna. Tylko nikomu nie mówcie, że was tu przyprowadziłem.

— Nie martw się — rzekł Dieterling. — Twoja rola nie zostanie nadmiernie uwypuklona.

— Super. I pamiętaj, Wężu… — Wykonał gest naśladujący strzelanie z pistoletu. — To polowanie, o którym mówiliśmy…

— Możesz uznać, że jesteś na wstępnej liście.

Wrócił do tunelu, a ja z Dieterlingiem zostaliśmy w terminalu. Przez kilka chwil obaj milczeliśmy, przytłoczeni dziwną atmosferą tego miejsca.

Byliśmy w hali na poziomie gruntu; pierścieniem otaczała komorę odjazdów i przyjazdów u podstawy nici. Sufit znajdował się wiele poziomów wyżej. W przestrzeni nad naszymi głowami krzyżowały się kładki i rury tranzytowe, a w zewnętrznej ścianie tkwiły pomieszczenia luksusowych niegdyś sklepów i restauracji, teraz przerobionych przeważnie na kapliczki lub kioski z materiałami religijnymi. Ludzi było mało, prawie nikt nie przybywał z orbity i zaledwie garstka zmierzała do wind. W hali panowała szarówka — projektant nie przewidział, że będzie tu aż tak ciemno — i sufit nikł gdzieś w mroku, a całość przypominała wnętrze katedry, w której odbywała się jakaś niewidoczna choć wyczuwalna święta ceremonia; atmosfera nie skłaniała do pośpiechu ani do głośnego zachowania. Tło stanowił ledwie słyszalny stały szum, jakby spowodowany przez pracujące w dole generatory. Lub — pomyślałem — jakby chór mnichów intonował jednostajną pogrzebową pieśń.

— Zawsze tak to wyglądało? — spytałem.

— Nie. Choć zawsze było to zadupie, strasznie się zmieniło od czasu, jak tu ostatnio byłem. Nawet miesiąc temu musiało wyglądać inaczej, panował duży ruch, większość pasażerów przechodziła na statek przez ten terminal.

Przybycie statku w okolicach Skraju Nieba zawsze stanowiło wydarzenie. Jako planeta biedna i umiarkowanie zacofana w porównaniu z innymi zamieszkanymi światami nie należeliśmy do głównych graczy zmiennego spektrum handlu międzygwiezdnego.



21 из 372