
— J estem pewna, że padnie z wrażenia.
Schowałem bilet, podziękowałem kasjerce — współczułem kobiecinie, że musiała tu pracować — i poszedłem do Dieterlinga. Oparty o niską szklaną ścianę otaczającą jęzor, z nieobecnym spokojnym wyrazem twarzy, spoglądał w dół na członków sekty. Przypomniało mi się, jak kiedyś w dżungli uratował mi życie podczas ataku hamadriad. Wtedy też widziałem u niego tę samą obojętną minę szachisty grającego z przeciwnikiem znacznie niższej klasy.
— No i co? — spytał, gdy podszedłem.
— Już wsiadł do windy.
— Kiedy?
— Godzinę temu. Kupiłem sobie bilet. Ty też kup dla siebie, ale w żaden sposób nie zdradź, że podróżujemy razem.
— Może nie powinienem z tobą jechać, brachu?
— Będziesz bezpieczny. — Ściszyłem głos. — Stąd aż do wyjścia w terminalu orbitalnym nie ma żadnych kontroli granicznych. Możesz swobodnie wjechać i zjechać, nikt cię nie aresztuje.
— Łatwo ci mówić, Tanner.
— Nie masz się czego bać, zapewniam cię. Potrząsnął głową.
— Nie ma sensu, żebyśmy podróżowali razem, nawet tylko tą samą windą. Reivich mógł tu zorganizować bardzo skuteczny monitoring.
Już chciałem zaprzeczyć, ale wiedziałem, że on chyba ma rację. Podobnie jak Cahuella, Dieterling, opuszczając Skraj Nieba, narażał się na areszt pod zarzutem przestępstw wojennych. Obaj byli w ogólnoukładowej bazie danych i za ich głowy wyznaczono znaczną nagrodę, choć Cahuella już nie żył.
— Dobrze — powiedziałem. — Jest jeszcze dodatkowy powód, żebyś tu został. Przynajmniej trzy dni będę z dala od Gadziarni. Ktoś kompetentny musi doglądać domu.
— Jesteś pewien, że sam potrafisz się uporać z Reivichem? Wzruszyłem ramionami.
— Potrzebny jest tylko jeden strzał.
— I ty go oddasz — powiedział z wyraźną ulgą. — W takim razie dziś w nocy wracam do Gadziarni. Z żywym zainteresowaniem będę słuchał wiadomości.
