
Quirrenbach chyba zamierzał chodzić za mną tak długo, jak będzie trzeba. Odwiedziny u Dominiki były zasadniczym elementem maskarady. Musiał nie zdawać sobie sprawy, że jako żołnierz nie mam implantów i dlatego nie potrzebuję usług poczciwej Madame. Ale przyjął to spokojnie — powierzył mi swoje rzeczy, gdy przeprowadzano mu operację. Doskonałe posunięcie, Quirrenbach, myślałem. Te towary służyły do uprawdopodobnienia bajki.
Ale powinienem się wcześniej zorientować. W retrospektywie było to jasne. Handlarz narzekał, że eksperientale Quirrenbacha są pirackie. Że to kopie oryginałów, które sprzedawał przed kilkoma tygodniami. A jednak Quirrenbach mówił, że dopiero co przyjechał. Czy w spisie światłowców, przybyłych w zeszłym tygodniu, znalazłbym statek, który przyleciał z Grand Teton? Może tak, a może nie. Zależy to od tego, jak starannie Quirrenbach przygotowywał swoją przykrywkę. Miał do dyspozycji tylko dzień czy dwa, by zorganizować wszystko od zera.
Zatem — zważywszy wszystkie okoliczności — nieźle mu poszło.
Po południu, gdy załatwiłem wszystko z Dominiką, wydarzył się następny epizod haussmannowski. Stałem oparty plecami o ścianę Dworca Centralnego i leniwie obserwowałem, jak sprawny lalkarz zabawia grupę dzieci. Lalkarz pracował nad małą budką i sterował malutkim modelem Marka Ferrisa. Kazał figurce w skafandrze kosmicznym, ze starannie wymodelowanymi stawami, schodzić ze skalnej ściany uformowanej z kupy gruzu. Ferris miał zejść do rozpadliny, ponieważ u stóp zbocza znajdował się stos klejnotów, pilnowany przez obcego, dziewięciogłowego potwora. Kiedy lalkarz kazał potworowi rzucić się na Ferrisa, dzieci klaskały i wrzeszczały.
I właśnie wtedy w moje myśli wsunął się w pełni uformowany epizod.
Później — kiedy miałem czas przetrawić to, co mi odkryto — myślałem o epizodzie poprzedzającym. Epizody Haussmanna zaczynały się dość niewinnie, powtarzając życie Skya zgodnie z faktami, które znałem.
