
Zaciskając pięść, z krwią kapiącą na podłogę promenady, zacząłem się zastanawiać, czym naprawdę zostałem zarażony.
* * *
— Nie mogłem nic z tym zrobić. Spał sobie, nie wydawał żadnych dźwięków. W ogóle nie przyszło mi do głowy, że coś jest nie w porządku.
Dwaj medycy badający Balcazara weszli na pokład natychmiast, gdy statek został przymocowany. Wcześniej Sky wszczął alarm z powodu stanu staruszka. Valdivia i Rengo zamknęli za sobą śluzę powietrzną, zyskując wolną przestrzeń do działania. Sky obserwował ich uważnie. Wyglądali na zmęczonych — żółtawa cera, pod oczyma worki z przepracowania.
— Nie krzyczał? Nie sapał, chcąc zaczerpnąć tchu? — spytał Rengo.
— Nie — odpowiedział Sky. — Ani pisnął.
Grał człowieka zrozpaczonego, ale uważał, żeby nie przedobrzyć. Przecież, gdy Balcazar już nie zawadzał, droga na stanowisko kapitana znacznie się uprościła, tak jakby w skomplikowanym labiryncie okazało się nagle, że istnieje bezpośredni skrót do jego centrum. Wiedział o tym. Oni też o tym wiedzieli; wzbudziłoby podejrzenia, gdyby nie złagodził swego żalu leciutką radością ze swojego znacznego szczęścia.
— Założę się, że te sukinsyny z „Palestyny” go otruły — powiedział Valdivia. — Zawsze byłem przeciwny temu, by tam jechał.
— To było naprawdę bardzo stresujące zebranie — stwierdził Sky.
