
— I prawdopodobnie to wystarczyło — odparł Rengo, drapiąc się po świeżej, surowej skórze pod okiem. — Nie ma powodu obwiniać o to innych. Po prostu nie wytrzymał stresu.
— Więc niczego nie mogłem zrobić?
Drugi medyk badał prostetyczną błonę na piersi Balcazara, przymocowaną pod zapinaną z boku, a obecnie rozpiętą kurtką munduru. Valdivia z powątpiewaniem szturchnął urządzenie.
— Powinno alarmować. Przypuszczam, że nic nie słyszałeś?
— Jak mówiłem, ani pisku.
— To cholerstwo musiało się znowu zepsuć. Posłuchaj, Sky — powiedział Valdivia — jeśli choć słowo o tym wydostanie się na zewnątrz, jesteśmy załatwieni. Ta cholerna błona zawsze się psuła, ale Rengo i ja byliśmy ostatnio zbyt zapracowani… — Westchnął i pokręcił głową z niedowierzaniem, dziwiąc się, ileż to godzin przepracował. — Cóż, zreperowaliśmy ją, ale oczywiście nie mogliśmy spędzać całego czasu, pielęgnując Balcazara i zaniedbując innych. Wiem, że na „Brazylii” mają sprzęt lepszy niż ten zużyty śmieć, ale co nam z tego?
— Niewiele. — Sky szybko go poparł. — Gdybyście poświęcili zbyt wiele uwagi staruszkowi, zmarliby inni ludzie. Doskonale to rozumiem.
— Mam nadzieję, że rozumiesz, Sky, bo gdy tylko nowina o jego śmierci stąd wycieknie, rozpęta się burza gówna. — Valdivia spojrzał znowu na kapitana, ale jeśli miał nadzieję na cudowne wyzdrowienie, nie doczekał się jego oznak. — Będą sprawdzać jakość naszej opieki medycznej. Ciebie będą przypiekać na temat organizacji podróży na „Palestynę”. Ramirez i inne sukinsyny z Rady będą usiłowali udowodnić, że zawaliliśmy sprawę, dopuściliśmy się zaniedbań. Wierz mi, widziałem to już.
— Wszyscy wiemy, że to nie nasza wina — oznajmił Sky. Spojrzał na kapitana: ślina zdobiła epolet niczym ślad ślimaka. — Był dobrym człowiekiem, służył nam dobrze, długo po tym, kiedy powinien się wycofać. Ale był stary.
— I tak by umarł za rok czy dwa. Ale spróbuj wyjaśnić to statkowi.
