
— Musimy wobec tego tylko uważać na nasze tyłki.
— Sky… nie powiesz słowa, dobrze? O tym, co ci mówiliśmy? Ktoś bębnił w śluzę, próbując dostać się do taksówki. Sky to zignorował.
— Więc co mam powiedzieć? Medyk wstrzymał oddech.
— Musisz oznajmić, że błona cię zaalarmowała. Nie ma znaczenia, że na to nie zareagowałeś. Nie mogłeś — nie miałeś środków ani kwalifikacji, a byliście daleko od statku.
Sky skinął głową, jakby to wszystko brzmiało niezwykle rozsądnie i pokrywało się z tym, co sam by proponował.
— Mówić cokolwiek, tylko nie sugerować, że błona prostetyczna nie zadziałała? Dwaj medycy wymienili spojrzenia.
— Właśnie tak — odpowiedział pierwszy. — Nikt nie będzie cię winił, Sky. Zobaczą, że zrobiłeś wszystko, co mogłeś.
W tej chwili kapitan, jak zauważył Sky, wyglądał bardzo spokojnie. Miał zamknięte oczy — jeden z medyków zamknął je palcami, by staruszek sprawiał wrażenie, że godnie przyjął śmierć. Jak stwierdził Klaun, można sobie doskonale wyobrazić, że śnił o czasach chłopięcych. Nie szkodzi, że dzieciństwo tego człowieka, spędzone na statku, było co do sekundy tak sterylne i klaustrofobiczne, jak dzieciństwo Skya.
Pukanie do śluzy ustało.
— Lepiej wpuszczę faceta — powiedział Sky.
— Sky…! — błagalnie zawołał pierwszy medyk. Sky położył dłoń na ramieniu mężczyzny.
— Nie martw się o to.
Sky podjął decyzję i przyłożył dłoń do kontrolki drzwi. Za nimi czekało przynajmniej dwadzieścia osób, wszyscy chcieli dostać się do kabiny jako pierwsi, obejrzeć zmarłego kapitana, udając troskę i mając w duchu nadzieję, że nie jest to kolejny fałszywy alarm. Balcazar już od kilku lat miał nieznośny zwyczaj niemal-umierania.
— Boże drogi — powiedziała jedna z kobiet z Koncepcji Napędu. — To prawda, nie… co na Boga się zdarzyło?
Jeden z medyków zaczął wyjaśniać, ale Sky był szybszy.
