
— Nie wygląda na Baldachimowca. Przede wszystkim to człowiek, taki jakiego miał na myśli ich Bóg. Z wyjątkiem oczu, choć to może gra świateł.
— To nie gra świateł — odparł Loran. — On nas widzi bez gogli. Zauważyłem to, kiedy przyszłaś. Skierował na ciebie wzrok. — Wziął gogle od samicy i zwrócił się do mnie: — Może częściowo powiedziałeś nam prawdę, Tannerze Mirabelu. Choć nie całkowicie, mogę się o to założyć.
Nie przegrałbyś tego zakładu, pomyślałem.
— Nie zamierzam robić wam krzywdy — oznajmiłem, a potem teatralnym gestem odłożyłem pistolet na bambus, pewien, że jeśli świnia rzuci się na mnie z tasakiem, zdołam po niego sięgnąć. — Jestem w wielkich kłopotach i ludzie z Baldachimu niedługo wrócą, by mnie wykończyć. Możliwe, że przysporzyłem sobie wrogów również wśród sabotażystów, ponieważ ich okradłem. — Oceniłem sytuację i doszedłem do wniosku, że przyznanie się do okradzenia ludzi z Baldachimu nie zaszkodzi mi w oczach Loranta, wręcz przeciwnie, może mi pomóc. — Nawiasem mówiąc, nic nie wiem o takich ludziach jak wy — ani dobrego, ani złego.
— Ale wiesz, że jesteśmy świniami.
— Takie określenie się narzuca. Trudno na to nie wpaść.
— Jak na naszą kuchnię. Też na nią wpadłeś.
— Zapłacę za nią — odpowiedziałem. — Mam również gotówkę. — Sięgnąłem do obszernych kieszeni płaszcza Vadima i z głębin wyciągnąłem zwitek. — Nie jest tego wiele. Ale może pokryje część waszych kosztów.
— Tylko że to nie nasza własność. Człowiek, właściciel tej kuchni, pojechał odwiedzić kapliczkę swego brata w Pomniku Osiemdziesiątki. Nie wróci przed wieczorem. Nie jest osobą pobłażliwą ani skłonną do przebaczania. Muszę go zmartwić nowiną o szkodzie, którą wyrządziłeś, a on, naturalnie, skupi swój gniew na mnie.
