
Oferowałem mu połowę drugiego zwitka, głęboko naruszając zabraną Zebrze rezerwę.
— Może to złagodzi twoje kłopoty, Lorancie. Dodatkowe dziewięćdziesiąt lub sto marek Ferrisa. Wymień jeszcze jakieś problemy, a zacznę podejrzewać, że chcesz mnie oskubać.
Chyba się uśmiechnął — nie byłem tego pewien.
— Nie mogę dać ci schronienia, Tannerze Mirabelu. To zbyt niebezpieczne.
— Chodzi mu o to — wtrąciła się druga świnia — że w twojej głowie jest implant. Ludzie z Baldachimu będą wiedzieli, gdzie jesteś, wiedzą nawet teraz. I jeśli ich rozwścieczyłeś, my wszyscy jesteśmy w niebezpieczeństwie.
— Wiem o implancie. I właśnie w tej sprawie chciałbym waszej pomocy.
— Żebyśmy pomogli ci go wydostać?
— Nie — odparłem. — Znam kogoś, kto może to dla mnie zrobić. Nazywa się Madame Dominika. Ale nie mam pojęcia, jak się do niej dostać. Czy możecie mnie tam zaprowadzić?
— Czy wiesz mniej więcej, gdzie to jest?
— Na Dworcu Centralnym. Świnia popatrzył po ruinach kuchni.
— Hmm, nie sądzę, bym dzisiaj dużo gotował.
* * *
Byli uchodźcami z Pasa Złomu.
Przedtem byli uchodźcami skądinąd — z zimnego, kometarnego pogranicza innego Układu Słonecznego. Ale ani kucharz, ani jego żona — nie mogłem w dalszym ciągu o nich myśleć jako o świniach — w zasadzie nie mieli pojęcia, jak dostali się tam pierwsi z ich gatunku. Znali jedynie teorie i mity. Najbardziej prawdopodobna teoria mówiła, że są dalekimi, porzuconymi potomkami przedwiecznego programu inżynierii genetycznej. Organów świń używano niegdyś w ludzkiej chirurgii przeszczepowej — między tymi dwoma gatunkami było więcej podobieństw niż różnic — i wydawało się prawdopodobne, że świnie powstały w wyniku eksperymentu mającego na celu uczynienie dawców jeszcze bardziej podobnymi do ludzi. Do ich DNA wpleciono ludzkie geny. Może eksperyment poszedł dalej, niż zamierzali jego twórcy, i pewne spektrum genów przypadkowo dało świniom inteligencję. A może właśnie o taki wynik cały czas chodziło, a świnie to zaniechana próba stworzenia służebnej rasy, nie posiadającej nieprzyjemnych wad maszyn.
