
W pewnym momencie świnie musiano porzucić. Pozostawiono je w głębokim kosmosie, by same sobie radziły. Może ich systematyczna eksterminacja wymagała zbyt wiele zachodu albo może same wyrwały się na wolność z laboratoriów i utworzyły własne tajne kolonie. Wtedy, jak mówił Lorant, i tak stanowili kilka gatunków, każdy z innym zestawem genów ludzkich i świńskich. Niektórym grupom brakowało zdolności do tworzenia słów, choć posiadały wszystkie mechanizmy neuronowe. Wspomniałem świnie, które spotkałem, nim uratowała mnie Zebra. Pierwszy osobnik chrząkał do mnie — brzmiało to prawie jak próba języka, może o wiele bardziej udana, niż sobie wtedy wyobrażałem.
— Wczoraj spotkałem kogoś z waszego rodzaju — oznajmiłem.
— Wiesz, możesz nas nazywać świniami. Nie przeszkadza nam to. Przecież nimi jesteśmy.
— Tamte świnie chyba próbowały mnie zabić.
Przedstawiłem Lorantowi ogólny przebieg wydarzeń, nie poinformowałem go jednak o swoich zamiarach dostania się do Baldachimu, które doprowadziły do tamtej sytuacji. Uważnie wysłuchał moich słów, po czym ze smutkiem potrząsnął głową.
— Nie sądzę, żeby zależało im właśnie na tobie, Tannerze Mirabelu. Najpewniej chcieli dopaść ludzi, którzy przyszli po ciebie. Rozpoznali, że oni na ciebie polują. Prawdopodobnie próbowali cię namówić, byś poszedł z nimi i ukrył się w bezpiecznym miejscu.
Zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem Lorant nie ma słuszności.
— Postrzeliłem jednego — oznajmiłem. — Nie śmiertelnie, ale noga będzie wymagała interwencji chirurga.
— Nie rób sobie z tego powodu wyrzutów. Oni nie byli aniołkami. Mamy problemy z młodymi świniami, które wywołują awantury i wszystko niszczą.
Obejrzałem zniszczenia spowodowane przeze mnie.
