
— Moje przybycie to ostatnia rzecz, której wam brakowało do szczęścia.
— To się da naprawić. Postanowiłem pomóc ci w podróży, za nim wyrządzisz nowe szkody, Tannerze Mirabelu.
Uśmiechnąłem się.
— To dobry pomysł, Lorancie.
Po przybyciu z Pasa Złomu Lorant i jego żona znaleźli pracę u człowieka, który musiał być jedną z bogatszych osób w Mierzwie. Mieli własny pojazd naziemny: trycykl z silnikiem metanowym z wielkimi balonowymi kołami. Nadwozie — miszmasz plastiku, metalu i bambusa — osłaniały płachty przeciwdeszczowe i parasolki. Zdawało się, że wehikuł rozpadnie się na kawałki, jeśli tylko ktoś przypadkiem na niego dmuchnie.
— Nie patrz na to z takim niesmakiem — powiedziała żona Loranta. — To funkcjonuje. A nie jesteś w sytuacji, w której można narzekać.
— Sama prawda płynie z ust twoich.
Rzeczywiście, funkcjonował znośnie, a balonowe koła dość udatnie kompensowały niedoskonałości nawierzchni. Kiedy już Lorant przystał na moje warunki, udało mi się go przekonać, by łukiem dotarł do miejsca, gdzie uderzył wrak drugiej linówki. Zastaliśmy tam już wielki tłum. Namówiłem Loranta, by poczekał, a sam przepchnąłem się do środka. W zmiażdżonej przedniej części wagonika zobaczyłem Waverly’ego — leżał martwy, pierś przeszywał mu pęd mierzwowego bambusa; taki sam stosowałem w wilczych dołach, kiedy budowałem zasadzki na Reivicha. Całą twarz miał we krwi i byłby nierozpoznawalny, gdyby nie krwawy krater w miejscu, gdzie znajdował się monokl. Musiał być przymocowany chirurgicznie.
— Kto to zrobił?
— Obrany — powiedziała pochylona kobieta obok mnie, wypluwając słowa przez szpary w zębach. — Dobra optyka, znaczy się była. Dostaną za to dobrą cenę. Tamci.
Powstrzymałem palącą mnie ciekawość, skłaniającą do wypytywania, kim byli „tamci”.
Wróciłem do trycykla Loranta, czując, że w jakiś sposób wydarto mi część sumienia nie mniej brutalnie, niż Waverly’emu jego monokl.
