
— I co — spytał Lorant, kiedy już wgramoliłem się do trycykla. — Cóż takiego od niego wziąłeś?
— Sądzisz, że poszedłem tam po trofeum?
Wzruszył ramionami, jakby ta kwestia nie miała żadnego znaczenia. Ale gdy ruszyliśmy, musiałem zadać sobie pytanie, dlaczego tam poszedłem. Czy nie motywowało mnie to, o czym myślał Lorant?
Podróż do Dworca Centralnego zajęła godzinę, choć miałem wrażenie, że wiele z tego czasu poszło na cofanie się i objazdy nieprzejezdnych albo niebezpiecznych obszarów Mierzwy. Możliwe, że przebyliśmy tylko trzy czy cztery kilometry od miejsca, gdzie zaatakowali mnie ludzie Waverly’ego. Jednak nie był stąd widoczny żaden z punktów orientacyjnych, które namierzyłem z mieszkania Zebry; może zresztą były widoczne, lecz pod takim kątem, że ich nie rozpoznawałem. Moje wcześniejsze wrażenie, że znalazłem punkty oparcia, że zaczynam układać w myśli mapę miasta, wyparowało jak śmieszny sen. W końcu ją ułożę, jeśli poświęcę temu dość czasu. Ale nie dzisiaj; nie jutro i może nie w następnych tygodniach. Zresztą nie planowałem tak długiego tutaj pobytu.
Kiedy w końcu przybyliśmy na Dworzec Centralny, wydawało się, że zaledwie chwilka upłynęła od czasu, gdy go opuściłem, próbując rozpaczliwie oderwać się od Quirrenbacha. Pora dnia musiała być wcześniejsza niż wtedy — jeśli sądzić po kącie padania słońca na Moskitierę, nie nadeszło jeszcze południe — ale poza tym w mrocznym wnętrzu stacji nie odczuwało się żadnej różnicy. Podziękowałem Lorantowi za podwiezienie, chciałem postawić mu posiłek, niezależnie od wcześniejszej zapłaty, ale odmówił zejścia z fotela kierowcy swego trycykla. W goglach i fedorze, ze szczelnie zasłoniętą twarzą, wyglądał zupełnie jak człowiek, ale to złudzenie trudno byłoby utrzymać wewnątrz stacji. Wydawało się, że świnie nie cieszą się powszechną miłością i że całe rejony Mierzwy są dla nich zamknięte.
Więc uścisnęliśmy sobie dłonie — i ratki — po czym Lorant odjechał w głąb Mierzwy.
