
DWADZIEŚCIA CZTERY
Przede wszystkim odwiedziłem namiot handlarza i sprzedałem mu broń Zebry. Prawdopodobnie dałem handlarzowi niebotyczną zniżkę. Nie mogłem jednak narzekać — bardziej zależało mi na pozbyciu się broni, przez którą można było mnie wyśledzić, niż na gotówce. Handlarz spytał, czy broń jest kradziona, ale nie zauważyłem w jego oczach prawdziwej ciekawości. Karabin, zbyt nieporęczny i rzucający się w oczy, nie nadawał się do akcji przeciw Reivichowi. Może na konwencji fetyszystów ciężkiej artylerii nie ściągnąłby zdziwionych spojrzeń.
Rad stwierdziłem, że interes Madame Dominiki nadal działa. Tym razem nie musiano mnie tu zaciągać — wszedłem z własnej woli. Kieszenie mojego płaszcza kołysały się od ogniw amunicyjnych — zapomniałem je sprzedać.
— Ona nie otwarta — powiedział Tom, dzieciak, który uprzednio nagabywał Quirrenbacha i mnie.
Rozłożyłem na dłoni kilka banknotów i klapnąłem nimi na stół przed twarzą Toma o wielkich oczach.
— Już jest otwarta — oznajmiłem i przepchnąłem się do izby namiotu.
* * *
Było ciemno, ale po sekundzie czy dwóch wnętrze pomieszczenia zarysowało się wyraźnie w polu mojego widzenia, jakby ktoś włączył bardzo słabą, szarą latarnię. Dominika spała na kanapie operacyjnej, a jej bujne kształty okrywał ubiór, który kiedyś mógł rozpocząć swoje istnienie jako spadochron.
— Obudź się — powiedziałem cicho. — Masz klienta.
Jej oczy otwarły się powoli, jak szpary w rosnącym cieście.
— O co chodzi? Gdzie szacunek? — Słowa nadeszły szybko, ale brzmiały sennie, bez prawdziwego niepokoju. — Nie możesz się tutaj tak ładować.
— Przełamałem lody w stosunkach z twoim asystentem. — Wygrzebałem następny banknot i pomachałem nim przed jej twarzą. — Jak ci się to podoba?
— Nie wiem, nic nie widzę. Coś jest nie w porządku z twoimi oczami? Dlaczego tak wyglądają?
