V

Ostatni numer przed wejściem „Podwójnej Gwiazdy” nazywał się „Bezsilność okowów”. Polegało to na tym, że niskiemu człowiekowi o szerokich barach związano ręce i nogi grubymi sznurami, owinięto całego drutem, a oprócz tego ręce i nogi skrępowano kajdanami. Potem przykryto go prześcieradłem; przez kilka minut szamotał się pod nim, po czym wstał zupełnie wolny — więzy walały się na piasku.

Znikł. Zapanowała głęboka, napięta cisza. Muzyka zagrała i zamilkła. Cyrk oddychał bezszelestnie. Niecierpliwe oczekiwanie przenikało z serca do serca potęgując napięcie; spojrzenia widzów skierowane na kurtynę milcząco wywoływały obiecane zjawisko. Muzykanci wertowali nuty. Minęło pięć minut; zniecierpliwienie rosło. Góra cyrku początkowo bezładna nagle strzeliła salwami protestujących oklasków; podtrzymywał je środek widowni; na dole zaś rozmawiano, trzepotano wachlarzami i wymieniano uśmiechy.

Właśnie wtedy, ponownie zmuszając wszystkich do głębokiego milczenia, pojawił się człowiek średniego wzrostu, wyprostowany jak płomień świecy, z naturalnymi i prostymi manierami; zatrzymał się na chwilę, po czym wyszedł na środek areny stąpając ciężko i równo; znowu przystanął, obejrzał się z uśmiechem, obrzucił spojrzeniem lśniące loże cyrku, podniósł głowę i zwrócił się do orkiestry.

— Proszę zagrać — powiedział z namysłem i cicho, ale tak dobitnie, że jego słowa wszyscy dokładnie zrozumieli. — Zagrajcie coś wolnego i płynnego, na przykład „Meksykański walc”.

Kapelmistrz kiwnął głową i uniósł batutę.

Zaczęły trąbki; powiew melodii i rytmu wirując zniewolił serca; harmonia melodyjnych dźwięków stworzyła nastrój, dzięki któremu życie człowieka staje się jakby bardziej odświętne, wewnętrznie czystsze i szlachetniejsze.

„Podwójna Gwiazda” — taki jaki pojawił się w owej chwili przed oczyma widzów — był człowiekiem trzydziestoletnim.



11 из 180