Miał na sobie białą koszulę z rękawami ściągniętymi na przegubach rąk, czarne pantalony, granatowe pończochy i czarne sandały; szeroki srebrny pas obejmował jego biodra. Jasne jak kopuła czoło opadało na czarne oczy łukami delikatnych i wysokich brwi, które przydawały jego ostrej twarzy wyniosłego blasku starożytnych portretów; na tej bladej pełnej spokoju i siły twarzy, między cieniem ciemnych wąsów i szczeliną twardego podbródka, pogardliwie wykrzywiały się małe, surowe usta. Uśmiech, z którym się pojawił, był dwuznaczny, chociaż nie pozbawiony pewności i ukrytej nadziei. Jego ciemne włosy lekko kręciły się z tyłu głowy, na karku, z przodu zaś nieco opadały na czoło; ręce były małe, ramiona lekko odrzucone. Zbliżył się do bariery i nie śpiesząc się zaczął biec z przyciśniętymi do piersi łokciami; tak obiegł całą arenę nie czyniąc niczego osobliwego. Ale na początku drugiego kręgu rozległy się okrzyki: „Patrzcie, patrzcie!” Oba główne wejścia na arenę zapełniły się widzami: przybiegła cała obsługa i artyści. Kroki biegnącego straciły dotychczasowy rytm, poruszał się już bez widocznego wysiłku gigantycznymi skokami; wydawało się, że jego nogi, lekko dotykając ziemi, nie nadążają za nieuchwytnym porywem ciała; już kilka razy po prostu przebierał nimi w powietrzu, jak gdyby odpychając pustkę. Tak mknął przez pewien czas okrążając arenę, a potem nagle uniósł się w górę na wysokość wzrostu i zamarł, zatrzymał się w powietrzu, jakby na niewidocznym słupie. Trwał w takim położeniu nieco dłużej niż naturalne zatrzymanie się w zenicie wyrzuconego przedmiotu, głupstwo — może jakąś trzecią część sekundy, ale dla publiczności wszystko to choć wyglądało niepozornie, stanowiło bezprecedensowe, niezwykłe w swej istocie, zagadkowe zjawisko. Jednak nie zimne ciarki i nie gorączka uniesienia ogarnęły wszystkich, lecz dreszcz tajemniczego podniecenia: stało się coś, co wykracza poza sferę możliwości człowieka.


12 из 180