
W tym czasie odpoczywając czy też rozmyślając, pośpiesznie, w równym tempie „Podwójna Gwiazda” biegał po arenie, rozsiewając trwożliwe oczekiwanie. Czego oczekiwał wstrząśnięty widz? Nikt nie mógł odpowiedzieć na to pytanie, ale każdy był jak gdyby obezwładniony niewidzialnymi rękami i nie wiedział przy tym, czy one go wypuszczą, czy też zrzucą blednącego w niepojętej trwodze. Tak odczuwali nawet maniacy silnych wrażeń, ludzie doświadczeni i opanowani, do czego też później przyznawali się. Jeszcze kilka razy wśród dam dało się słyszeć wysokie „ach!” z odcieniem bardziej poważnym, niżeli wymaga tego uniwersalny wykrzyknik. Góra nic nie pojmując wrzeszczała „brawo!” i klaskała aż do bólu dłoni. Równocześnie w tłumie artystów cyrkowych zapełniających wyjście na arenę trwało poruszenie; ci ludzie, którzy widzieli wiele, byli wstrząśnięci nie mniej niż inni widzowie.
Minęło już około dziesięciu minut, gdy „Podwójna Gwiazda” wyszedł na arenę. Teraz jak gdyby przyśpieszył rozbieg. Jego twarz płonęła, oczy śmiały się. Nagle radosny dziecięcy krzyk obiegł cyrk: „Mamo, mamo! On leci… Patrz, nie dotyka nogami!”
Jednocześnie wszystkie spojrzenia skierowały się na to, co dopiero teraz dostrzeżono. Spadła z nich jak gdyby zasłona; złudzenie miarowego ruchu znikło. „Podwójna Gwiazda” unosił się w powietrzu na wysokości stopy, sunął w górę coraz gwałtowniej i coraz wyżej.
