
Wówczas to, jakby przekraczając niewidoczną granicę, widowisko przestało być sztuką, a stało się cudem, to znaczy tym, czego w skrytości ducha oczekujemy całe życie, ale kiedy wreszcie zabłyśnie, wtedy gotowi jesteśmy krzyknąć z przerażenia i ukryć się. Drud odrywając się od areny popłynął w powietrzu ku żyrandolom z odwróconą w tył głową. Błyskawicznie cały wyobrażony ciężar jego ciała udzielił się wewnętrznemu wysiłkowi widzów, ale podobnie szybko znikł i wszyscy zobaczyli, że ponad galerią, pod trapezami mknie człowiek z odrzuconą w tył głową, przecinając od czasu do czasu górną orbitę swego lotu z płynną szybkością ptaka. Był to widok niesamowity. Cień „Podwójnej Gwiazdy” miotał się w dole, nurkował wśród cyrkowych rzędów.
Przerażona orkiestra zamilkła; samotny obój zabrzmiał fałszywą nutą j. jak gdyby przestrzelony urwał nagle swój miedziany jęk. Okrzyki: „Pożar, pożar! nie dokonałyby tego, co stało się w cyrku. Galeria zawyła. Wołania: „Szatan! Diabeł!” potęgowały falę paniki; ludzi ogarnęło całkowite szaleństwo; nie było już publiczności, gdyż ta utraciwszy łączącą ją więź przekształciła się w dziką gromadę, po głowach której skakał strach, zrywając mocne łańcuchy rozsądku, szalenie przy tym wyjąc i szczerząc zęby. Wielu ludzi ogarniętych raptowną słabością lub zawrotem głowy siedziało nieruchomo, zasłaniając twarze rękami. Niektóre kobiety mdlały, inne z zapartym tchem runęły ku wyjściom; dzieci płakały. Zewsząd dolatywał trzask balustrad. Uciekający zapełnili arenę, tłoczyli się u wyjść, przewracali jeden drugiego, szarpali i odpychali tych, co byli z przodu. Czasem jakiś przenikliwy pisk zagłuszał cały ten piekielny tumult; dolatywały jęki, przekleństwa, łomot przewracanych foteli. A nad areną, powyżej trapezów i bloków stał w powietrzu „Podwójna Gwiazda” ze skrzyżowanymi rękami.
— Orkiestra, grać! — krzyczał Agassic ledwie pojmując, co się dzieje.
