
Ukrył twarz w szalu i skręcił w lewo w kierunku światła latarni ulicznych. Gdy tylko ruszył, kilka mocnych ciosów spadło na jego ramiona i głowę; w świetle lampy błysnął nóż. Odwrócił się, ostrze uwięzło w odzieży. Starając się uwolnić lewą rękę, którą trzymało dwóch ludzi, prawą chwycił czyjąś twarz i gwałtownie odepchnął; potem wzbił się w górę. Dwie ręce odczepiły się, dwie inne zawisły na jego łokciu z zajadłością rozjuszonego buldoga. Ręka Druda drętwiała. Wzniósłszy się ponad dachami, zobaczył no cną iluminację i zatrzymał się. Wszystko to działo się w ciągu jednej minuty. Nachylając się ze wstrętem spojrzał na skurczoną ze strachu twarz szpicla; ten zaś wisiał na nim z podkurczonymi nogami walcząc z omdleniem. Drud wyrwał rękę, ciało poleciało w dół, a potem z głębi wypełnionej trzaskiem kół doleciało głuche stuknięcie.
— Oto i umarł — powiedział Drud — przepadło życie i niewątpliwie wspaniała nagroda. Chciano mnie zabić.
Miał przeczucie i ono go nie zawiodło. Czekał na swój występ z uśmiechem i smutkiem, jak góral patrzący z wierzchołka góry na zasnute mgłą rozległe doliny, tam gdzie nie doleci żaden dźwięk. A jeśli uśmiechał się do czegoś, to tylko do rzeczy przyjemnych i niemożliwych zarazem — do czegoś, co przypominało zachwycający i nękający chór, który szarpie i pociąga w krąg radośnie rozpromienionych twarzy: a co tam jest w tym świecie, gdzie płynie i oddycha swobodnie? I czyż nie można tam zmierzać, nie zakrywszy ze strachu oczu?
Drud unosił się nad miejskimi światłami w gniewnym i podniosłym nastroju. Nie śpiesząc się powracał do domu. Rozmyślał o napaści. Wąż rzucił się na orła. Jest niebezpieczny dla innych. Ludzie postarają się go zniszczyć, a jeśli nie zdążą, żyć będzie i tak w wiecznym niebezpieczeństwie. Jego cele są nieosiągalne, prócz tego takie istnienie to absurd, rzecz nie do zniesienia. Są sytuacje jasne, chociaż pozbawione logiki: Wenus z Milo w sklepie spożywczym, skrzynia z piorunami kulistymi wysłana koleją, wybuchy na odległość.
