
Usłyszał bliski świst skrzydeł — nocny ptak uderzył w jego pierś, zatrzepotał przed twarzą i z krzykiem przestrachu runął w bok ginąc w mroku. Drud minął granice miasta. Nad portem przeciął smugę reflektora i pomyślał, że teraz z pewnością będą tam przecierać szkła lub oczy, medytując czy aby nie przywidziała im się jakaś ludzka postać na tle przybrzeżnych skał. Rzeczywiście w twierdzy coś się stało, ponieważ snop światła zaczął kroić niebo we wszystkich kierunkach, trafiając przeważnie w obłoki. Drud zawrócił oddając się urokowi zwykłej zabawy: zasiedlił swoją drogę powietrznymi czółnami, od których dolatywał szept zakochanych par; płynęły w kierunku sierpu księżyca, w jego srebrzysty muślin spowijający dywany i kwiaty swoją delikatną bielą. Ich sternicy — wesołe, maleńkie skrzaty powietrzne, schowawszy skrzydła pod pachę, ciągnęły żagiel. Słyszał śmiech i pobrzękiwanie strun. Jeszcze wyżej ciągnęła się uroczysta pustka, skąd z odległości miliardów mil trafiały w przymrużone oczy igły gwiezdnych promieni; po nich, jak uczniowie zjeżdżający z poręczy schodów poruszały się brzuchate Murzyniątka tłocząc się, wyginając i przewracając jak małpy. Wszystkie dźwięki dochodzące z ziemi miały swoje realne odbicie; wysoko mknęły konie ciągnąc karetę-widmo z wesołym towarzystwem; dym cygar przysłaniał gwiezdny promień; woźnica wymachując biczem łapał upadający cylinder. Z boku przemykały oświetlone okna tramwaju, za którymi jakiś pan czytał gazetę, frant zaś żuł źdźbło, spoglądając na sympatyczną twarz sąsiadki. Tu i tam zwisały balkony przecięte prześwitami drzwi ukrytych w zieleni, przez którą można było dostrzec czubki pantofli lub niebezpieczny blask oczu pobłyskujących jak w zasadzce. Powietrzny gazeciarz biegł wymachując paczką gazet; kot szybko przemykał po niewidzialnych dachach, spacerowicze przystawali nad miastem kłaniając się w ciemny mrok.
