
Gdy tylko Drud poczuł zmęczenie, ta cała gra rozwiała się jak chmara komarów, na którą lunął deszcz. Usiadł na frontonie zegara wieżowego, który z dołu przypominał świetlisty krążek wielkości talerza, z bliska zaś był dwusążniową ambrazurą, wypełnioną szkłem grubości trzech cali z żelaznymi cyframi wielkość arszynu. Za szkłem poruszały się hałaśliwie koła zębate, kółka i łańcuchy; w kącie popijając kawę siedział maszynista z brudnym pasmem w poprzek nieogolonej szczęki; pośród przyborów, zwitków pakuł i blaszanek z olejem dymił piecyk, na którym kipiał dzbanek do kawy. Na osi wystającej na zewnątrz szkła dwie ogromne strzałki wskazywały godzinę dziesięć po pierwszej. Oś drgnęła, strzałka minutowa skrzypnęła i opadła o stopę niżej wskazując jedenastą minutę. Na gzymsach tuliły się do siebie w rządku gołębie gruchając i tłukąc dziobami. Drud ziewnął. Cyrk i napad zmęczył go. Poczekał, aż dzwony zegarowe, odmierzając kwadrans na drugą, wydzwoniły takt staroświeckiej melodii, po czym skierował się do hotelu, gdzie czasowo mieszkał.
VII
Na darmo na drugi dzień mieszkańcy miasta poszukiwali na stronicach gazet opisu zagadkowego zdarzenia; działająca od niepamiętnych czasów groźna siła rozesłała do redakcji tajny cyrkularz, zalecający „zapomnieć” o niezwykłym wydarzeniu; zabroniono o nim napomknąć pod groźbą zamknięcia gazety; nie pojawiły się więc żadne wyjaśnienia, redaktorzy zwrócili autorom sążniste artykuły, płody bezsennej nocy, upiększone najbardziej poczytnymi tytułami.
Niebawem jednak krążące wieści osiągnęły taki rozmach, przybrały takie rozmiary i kształty, że sam sens wydarzenia uległ zniekształceniu, podobnie jak gigantyczny, ale nieforemny staje się cień człowieka, który zbliżył się do latarni.
