
Małym ogniskiem tego typu doniesień stała się rankiem dwudziestego czwartego o godzinie dziewiątej kuchnia hotelu „Roma”. Tutaj przy stole, pośrodku którego buchała para z ogromnej patelni z baraniną, kelner i kucharz gorąco się posprzeczali; słuchały ich pokojówki i kucharka, a kuchciki, strojąc miny i rozdając sobie kuksańce starali się także nadążyć za dyskusją. Lokaj, mimo że nie dostał się do cyrku z powodu braku biletów, cały wieczór tłoczył się razem z innymi nieszczęśnikami u wejścia, a wszyscy żywili płonną nadzieję, że przekupią kontrolera cygarem lub też w odpowiednim momencie niezauważalnie przeskoczą do wnętrza.
— Bzdura! — powiedział kucharz wysłuchawszy opisu powszechnej ucieczki widzów. — Gdybyś ty chociaż widział na własne oczy to, czego, jak sam mówisz, nie było.
— Łatwo powiedzieć „bzdura” — zaperzył się lokaj. — Mówisz „bzdura” na wszystko, co usłyszysz. Rozmowa z tobą jest wstrętna… Jeśli ktoś myśli, że kłamię, to niech ma odwagę powiedzieć mi to prosto w oczy.
— A co wtedy? — wojowniczo spytał kucharz. — Prosto w oczy? To powiem ci prosto w oczy, że kłamiesz!
— Ja? Kłamię?
— No, jeśli nie kłamiesz, to zmyślasz, co na jedno wychodzi. Jeśli zaś chcesz znać prawdę, to ci wyjaśnię: wszystko zdarzyło się dlatego, że zawaliły się słupy. Tego, ma się rozumieć, nie widziałem, ale myślę, że taki drobiazg wystarczy. Galerie przecież trzymają się na słupach, czy nie tak? A jeśli ludzi było trzy razy więcej, aniżeli to się przewiduje, to podpory złamały się.
