
Oświetlenie a giorno dawało jaskrawe światło o takim natężeniu, że wszystko w pobliżu i oddali było jak gdyby pokryte lakierem i pogrążała, przeciwległą stronę w migotliwej mgle, jednak tam, gdzie zatrzymywał się wzrok, i twarze, i ich wyraz stawały się widoczne jak przez lornetkę. Zalany światłem cyrk, umieszczone pod dachem trapezy, mosiężne trąby muzykantów szeleszczących nutami wśród czarnych pulpitów, świeże trociny wyściełające arenę — wszystko to było we władzy elektrycznych żyrandoli, rozsiewających wesołe upojenie. Słuchając z zamkniętymi oczami można było określić każdy i detal przestrzeni: skrzypienie krzesła, kaszel, umiarkowany półtakt fletu, warkot bębna, cichą, podnieconą rozmowę i szum przypominający płynącą wodę — szmer ruchów i oddechów dziesięciotysięcznego ludzkiego naboju załadowanego jednocześnie w poprzeczny przekrój okrągłego budynku. Gęstniała ostra woń ciepła, stajni, trocin i subtelnych perfum — zwykły aromat cyrku tak bliski pstrokaciźnie wrażeń.
Rozpoczęcie występów opóźniało się, zniecierpliwienie opanowało widzów; na galerii już kilka razy rozległy się nierównomierne oklaski. Ale oto zadźwięczał dzwonek. Gruchnęło głuche srebro kotłów, zawył trombon, huknął bęben; miedź i struny rozpoczęły razem z pojawiającym się świstem fletów wojowniczy marsz. Spektakl się zaczął.
