Dzwonek obwieścił przerwę; publiczność runęła w foyer, do palarni, bufetów i stajni. Posługacze sprzątali arenę. W ciągu piętnastu minut Runa Beguem, siostrzenica ministra, siedząca w jego loży, całkowicie pogrzebała nadzieje kapitana Galla, który też nie powiedział nic szczególnego. Jeszcze rankiem zaczął głucho bąkać o miłości, ale im przeszkodzono. Wówczas to Runa powiedziała „do widzenia” z wyraźnie podkreśloną oziębłością, ale zaślepione serce Galla nie zrozumiało jej zrównoważonego i spokojnego spojrzenia; teraz zaś wiedząc, że nikt na nich nie patrzy, kapitan ujął opuszczoną rękę dziewczyny i dyskretnie uścisnął. Runa spokojnie odsunęła rękę, odwróciła się do niego i opuściła podbródek na aksamit fotela. Lekki, jasny uśmieszek legł między brwiami czarującą zmarszczką i jej oczy powiedziały — nie.

Gall w ciągu ostatnich miesięcy bardzo schudł. Zatrzymał na Runie tak długie, rozpaczliwe i pytające spojrzenie, że troszeczkę zmiękła.

— Panie Gall, wszystko mija! Jest pan silnym człowiekiem. Szczerze żałuję, że t o przytrafiło się panu, że przyczyną pańskiego nieszczęścia jestem ja.

— Tylko też i pani mogła nią być — powiedział Gall, niczego poza nią nie dostrzegając. — Nie panuję nad sobą. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że pani jeszcze nie kochała.

— Jakże to?

— Ta strona pani duszy jest jeszcze nietknięta, w przeciwnym wypadku pani serce ruszyłoby może z martwego punktu.

— Nie jestem taka pewna, ale dobrze, że nasza rozmowa przenosi się w rewiry przypuszczeń. Chcę także dodać, że traktowałabym miłość jako nieszczęście, gdyby ona zawładnęła mną jak los.

Runa spokojnie obrzuciła okiem kilka lóż, chcąc jak gdyby wyjaśnić, gdzie już teraz czai się to nieszczęście zagubione wśród uważnych spojrzeń mężczyzn; podziw jednak tak jej się znudził, że odniosła się doń z pogardliwą niefrasobliwością bogacza biorącego drobną resztę.



8 из 180