
Malanow stwierdził to z zadowoleniem, chociaż na ogół nie lubił ludzi doprowadzających uprzejmość do rangi sztuki. Zresztą luksus międzyludzkiej przyjaźni, jak i wszelki luksus, wymagał pewnych określonych kosztów. Poczekał, aż Lidka przestanie się śmiać, przejął opadający sztandar i wypuścił serię kawałów o tematyce astronomicznej, których nikt z obecnych nie mógł znać. Kiedy zapas się wyczerpał, Lidka zabawiła towarzystwo dowcipami plażowymi. Dowcipy były, mówiąc uczciwie, dosyć średnie, do tego Lidka nie umiała ich opowiadać, za to umiała się śmiać, a ząbki miała białe jak cukier. Następnie rozmowa jakoś zeszła na przewidywanie przyszłości. Lidka wyznała, że Cyganka przepowiedziała jej trzech mężów i bezdzietność. Co byśmy robili bez Cyganek? — wymamrotał Malanow i pochwalił się, że jemu osobiście Cyganka wywróżyła wielkie odkrycie z dziedziny oddziaływania gwiazd z dyfuzyjną materią w Galaktyce. Ponownie golnęli sobie po kielichu lodowatej „byczej krwi” i wtedy Sniegowoj nagle uraczył ich dziwną historią.
Otóż kiedyś mu przepowiedziano, że umrze w wieku osiemdziesięciu trzech lat w Grenlandii. W Grenlandzkiej Republice Socjalistycznej… — niezwłocznie zadowcipkował Malanow, ale Sniegowoj spokojnie zaprzeczył: „Nie, po prostu w Grenlandii…”. W tę przepowiednię, on, Sniegowoj, wierzy fatalistycznie, i ta wiara irytuje wszystkich jego znajomych. Kiedyś — było to w czasie wojny, chociaż nie na froncie — jeden z jego znajomych, naturalnie na bani, czyli jak wtedy mówiono, na dużym cyku, tak się zirytował, że wyciągnął TT, przystawił lufę do głowy Sniegowoja, powiedział: „Zaraz to sprawdzimy!” i pociągnął za cyngiel…
— I? — zapytała Lidka.
— Trup na miejscu — oznajmił Malanow.
— Pistolet się zaciął — powiedział Sniegowoj.
— Dziwnych ma pan znajomych — powiedziała Lidka z przekąsem.
Trafiła w dziesiątkę. W ogóle Arnold Pawłowicz opowiadał o sobie rzadko, za to smacznie. I jeśli sądzić według tych opowieści, to istotnie miał nader dziwnych znajomych.