
Czas jakiś Malanow gorąco dyskutował z Lidką, w jaki sposób Arnold Pawłowicz może trafić do Grenlandii. Malanow skłaniał się ku katastrofie samolotowej, Lidka upierała się przy wycieczce krajoznawczej. Sam Arnold Pawłowicz, rozciągając w uśmiechu liliowe wargi, milczał i palił papierosa za papierosem.
Potem Malanow oprzytomniał i zamierzał znowu nalać do kieliszków, ale okazało się, że kolejna butelka znowu była pusta. Chciał pobiec po następną, jednakże Arnold Pawłowicz zatrzymał go. Musiał już iść, przecież wpadł tylko na chwilę. Lidka zaś, przeciwnie, gotowa była kontynuować. W ogóle była trzeźwa jak kryształ, tylko policzki jej nieco poróżowiały.
— Nie, moi drodzy — powiedział Śniegowej. — Muszę już zmykać. — Wstał ciężko i zapełnił sobą całą kuchnię. — Idę, Dymitrze Aleksiejewiczu, może mnie pan odprowadzi do drzwi? Dobranoc pani. Cieszę się, że panią poznałem.
Weszli do przedpokoju. Malanow uparcie starał się go namówić na jeszcze jedną butelkę, ale Śniegowej tylko kręcił siwogrzywą głową i mruczał odmownie. W drzwiach nagle głośno oznajmił:
— No tak! Dobrze, że sobie przypomniałem! Przecież obiecałem panu książkę… Chodźmy, to ją panu dam…
„Jaką znowu książkę?” — chciał zapytać Malanow, ale Sniegowoj przyłożył do warg gruby palec i pociągnął Malanowa do swojego mieszkania. Ten gruby palec na wargach tak wstrząsnął Malanowem, że poszedł za Sniegowojem jak dziecko. W milczeniu, ciągle jeszcze trzymając Malanowa za łokieć, Śniegowej namacał wolną ręką klucz w kieszeni i otworzył drzwi. W całym mieszkaniu było widno — światło paliło się w przedpokoju, w obu pokojach, w kuchni i nawet w łazience. Pachniało zastarzałym dymem z papierosów i potrójną wodą kolońską, a Malanowowi nagle przyszło do głowy, że w ciągu tych pięciu lat chyba jeszcze nigdy tu nie był. W pokoju, do którego Śniegowej go wprowadził, było czysto posprzątane i paliły się wszystkie światła — potrójny żyrandol pod sufitem, stojąca lampa w kącie przy wersalce i nawet mała lampka na stole. Na oparciu krzesła wisiał płaszcz ze srebrnymi dystynkcjami pułkownika z całą kolekcją baretek i odznaką laureata. Okazuje się, że nasz Arnold Pawłowicz jest ni mniej, ni więcej tylko pułkownikiem… Tak, tak!
