
— A co ja z tym mam wspólnego? — wychrypiał Malanow.
W odpowiedzi Igor Pietrowicz szczegółowo wyjaśnił, jak wyglądała krzywa balistyczna i jak znaleziono kulę, która przebiła czaszkę na wylot i utkwiła w ścianie.
— Ale ja, co ja mam z tym wspólnego? — pytał Malanow, żarliwie bijąc się w pierś. W tym momencie byli już po trzeciej kolejce.
— Ale żałuje go pan, prawda, że pan go żałuje? — wypytywał Igor Pietrowicz.
— Oczywiście, że żałuję… Fajny był chłop… Ale ja… Czego ode mnie chcecie? W życiu nie miałem w ręku pistoletu! Nawet jestem zwolniony ze służby wojskowej… z powodu wzroku…
Igor Pietrowicz nie słuchał go. Opowiadał szczegółowo, jak śledztwo w wyjątkowo krótkim czasie wyjaśniło, że zmarły był mańkutem, a co bardzo dziwne, zastrzelił się trzymając pistolet w prawej ręce.
— No tak, no tak! — potakiwał Malanow. — Arnold Pawłowicz rzeczywiście był mańkutem, mogę to potwierdzić… Ale ja przecież… spałem przez całą noc! A poza tym, po co miałbym go zabijać, niech pan sam pomyśli!
— No, a kto w takim razie? Kto? — czule zapytał Igor Pietrowicz.
— Skąd mogę wiedzieć? To pan powinien wiedzieć — kto.
— Pan! — przymilnie słodkawym głosem Porfiria oświadczył Igor Pietrowicz, obserwując Malanowa jednym okiem poprzez szkło kieliszka. — To pan go zabił, mój drogi!…
