— Koszmar jakiś… — wymamrotał bezradnie Malanow. Miał ochotę zapłakać z rozpaczy.

W tym momencie leciutki powiew przeleciał przez pokój, poruszył zaciągniętą zasłonę i rozwścieczone południowe słońce wpadło do środka i uderzyło Igora Pietrowicza prosto w twarz. Zmrużył oczy, zasłonił je rozcapierzoną dłonią, odsunął się w fotelu i spiesznie odstawił kieliszek na biurko. Coś się z nim stało. Zamrugał oczami, poczerwieniał, podbródek mu zadrżał.

— Przepraszam… — wyszeptał zupełnie ludzkim tonem. — Przepraszam, Dymitrze Aleksiejewiczu… Być może pan… Jakoś tu…

Umilkł, ponieważ w pokoju Bobka coś upadło i rozsypało się z przeciągłym trzaskiem.

— Co to takiego? — zapytał Igor Pietrowicz czujnie. Z jego głosu znikły wszelkie ludzkie intonacje.

— Tam… ktoś jest… — powiedział Malanow i nawet nie zdążył zrozumieć, co właściwie się stało z Igorem Pietrowiczem. Olśniła go zupełnie inna myśl. — Proszę pana! — krzyknął zrywając się na nogi. — Chodźmy! Tam jest przyjaciółka mojej żony! Ona potwierdzi! Przez całą noc nigdzie nie wychodziłem, spałem…

Wpadając na siebie ruszyli do przedpokoju.

— Ciekawe, ciekawe — przygadywał Igor Pietrowicz. — Przyjaciółka żony… Zobaczymy!

— Ona potwierdzi… — mamrotał Malanow. — Zaraz pan zobaczy… Potwierdzi…

Bez pukania wpadli do pokoju Bobka i stanęli. Pokój był sprzątnięty i pusty. Lidki nie było, pościeli na tapczanie nie było, walizki nie było. A pod oknem obok skorup glinianego dzbana (Chorezm, XI wiek) siedział Kalam — ogoniasta niewinność.

— To ona? — zapytał Igor Pietrowicz, wskazując na Kalania.q

— Nie — głupio odpowiedział Malanow. — To nasz kot, mamy go od dawna… Chwileczkę, a gdzie jest Lidka? — spojrzał na wieszak. Białego prochowca także nie było. — To znaczy, że ona wyszła?



33 из 128