
Igor Pietrowicz wzruszył ramionami.
— Zapewne — powiedział. — Tutaj jej nie ma.
Ciężkim krokiem Malanow podszedł do rozbitego dzbanka.
— Bydlę! — powiedział i dał Kalamowi w ucho.
Kalam odskoczył. Malanow przykucnął. W drobny mak. A taki był fajny dzbanek…
— A czy ona nocowała u pana? — zapytał Igor Pietrowicz.
— Tak — powiedział Malanow ponuro.
— Kiedy pan ją widział po raz ostatni? Dzisiaj?
Malanow pokręcił głową.
— Wczoraj. To znaczy właściwie dzisiaj. W nocy. Dałem jej koc, prześcieradło… — zajrzał do szuflady z bielizną pościelową Bobka. — Wszystko tu leży.
— Czy ta dziewczyna dawno mieszka u pana?
— Wczoraj przyjechała.
— A rzeczy zostawiła?
— Nie widzę ich — powiedział Malanow. — Jej prochowca też nie ma.
— Dziwne, prawda? — zapytał Igor Pietrowicz.
Malanow w milczeniu tylko machnął ręką.
— No i pies z nią — powiedział Igor Pietrowicz. — Z tymi babami tylko wieczne zawracanie głowy. Lepiej chodźmy wypić jeszcze po jednym…
Nagle drzwi wejściowe otworzyły się i do przedpokoju…
6…drzwi windy, zahuczał silnik… Malanow został sam.
Długo stał w pokoju Bobka wsparty ramieniem o futrynę, ogólnie rzecz biorąc nie myśląc o niczym. Nie wiadomo skąd pojawił się Kalam, nerwowo podrygując ogonem, wyminął Malanowa, pomaszerował na klatkę schodową i zaczął lizać cementową podłogę.
— No dobrze — powiedział Malanow, odlepił się wreszcie od framugi i poszedł do dużego pokoju. W pokoju było nadymione, na biurku stały zapomniane trzy błękitne kieliszki — dwa puste i jeden nalany do połowy — słońce zawędrowało już na regały.
— Zabrał ze sobą butelkę… — powiedział Malanow. — Niebywałe!
Chwilę posiedział w fotelu, dopił swój koniak. Za oknem warczało i łomotało, przez otwarte drzwi dobiegał ze schodów krzyk dzieci i hałas windy.
