
ROZDZIAŁ 4
7. Umył i odstawił na miejsce kieliszki, sprzątnął skorupy z podłogi w pokoju Bobka i nakarmił Kalania rybą. Potem wziął wysoką szklankę, z której Bobek pił mleko, wbił do niej trzy surowe jajka, nakruszył chleba, obficie posolił i popieprzył, wymieszał. Jeść mu się nie chciało, działał mechanicznie. Zjadł tę bryję, stojąc przed drzwiami balkonu i patrząc na zalane słońcem puste podwórze. Żeby przynajmniej jakieś drzewo posadzili. Choćby jedno.
Jego myśli płynęły ospałym strumyczkiem, zresztą właściwie to nie były nawet myśli, tylko takie jakieś strzępy. Być może są to nowe metody prowadzenia śledztwa, myślał. Rewolucja naukowo-techniczna, i w ogóle. Bezpretensjonalność i presja na psychikę… Ale z tym koniakiem — to jednak niepojęta historia. Igor Pietrowicz Zykow… Czy może Zykin? On sam tak się przedstawił, a co było w legitymacji? Oszuści! — pomyślał nagle. Odegrali komedię za pół butelki koniaku…
Ale jednak Śniegowej nie żyje, to jasne. Nie zobaczę już więcej Sniegowoja. Przyzwoity był z niego człowiek, tylko jakiś taki pozbawiony sensu. Jakby nie przystosowany… szczególnie wczoraj. A przecież dzwonił do kogoś… dzwonił do kogoś, coś chciał powiedzieć, wytłumaczyć… może ostrzec przed czymś. Malanow wzdrygnął się. Wstawił do zlewozmywaka szklankę — zarodek przyszłego stosu brudnych naczyń. Znakomicie ta Lidka wysprzątała kuchnię, wszystko aż lśni. A on mnie przed nią ostrzegał. Rzeczywiście, z tą Lidką to niepojęta sprawa…
