
Bogu dzięki, Filip był w domu. Jak zwykle wyglądał tak, jakby się właśnie wybierał do ambasady Niderlandów na przyjęcie z okazji przybycia Jej Królewskiej Mości i tylko czekał na samochód, który za pięć minut ma po niego przyjechać. Był w jakimś niebywałej urody kremowym garniturze, w niewyobrażalnych mokasynach i w krawacie. Ten krawat szczególnie wpędzał Malanowa w depresję. Nie mógł pojąć, jak można pracować w domu z krawatem na szyi.
— Pracujesz? — zapytał Malanow.
— Jak zwykle.
— Ja tylko na chwilę.
— Jasne — powiedział Wieczerowski. — Chcesz kawy?
— Poczekaj — powiedział Malanow. — A zresztą daj.
Poszli do kuchni. Malanow usiadł na swoim krześle, a Wieczerowski zaczął odprawiać nabożeństwo nad przyborami do parzenia kawy.
— Zaparzę po wiedeńsku — powiedział, nie odwracając głowy.
— Może być — zgodził się Malanow. — Masz śmietankę?
Wieczerowski nie odpowiedział. Malanow patrzył, jak pod cienką kremową tkaniną energicznie pracują jego wystające łopatki.
— Czy u ciebie był śledczy z prokuratury? — zapytał.
Łopatki na moment znieruchomiały, a po chwili nad pochylonym ramieniem powoli zjawiła się odwrócona, długa, piegowata twarz z obwisłym nosem, rudymi brwiami uniesionymi wysoko nad górną krawędzią potężnej rogowej oprawy okularów.
— Przepraszam… Jak powiedziałeś?
— Powiedziałem: czy był u ciebie dzisiaj śledczy z prokuratury, czy nie?
— Dlaczego akurat z prokuratury? — zainteresował się Wieczerowski.
— Dlatego, że Śniegowej się zastrzelił — powiedział Malanow. — U mnie już byli.
— Jaki Śniegowoj?
— No, ten facet, który mieszka naprzeciwko mnie. Konstruktor rakiet.
— A…
Wieczerowski odwrócił się i jego łopatki znowu zaczęły się poruszać.
