
— Nie znałeś go? — zapytał Malanow. — Mam wrażenie, że widziałeś go u mnie.
— Nie — powiedział Wieczerowski. — Jeśli pamiętam — nie.
W kuchni wspaniale zapachniało kawą. Malanow usiadł wygodniej. Opowiedzieć, czy nie warto? W tej lśniącej, aromatycznej kuchni, gdzie było tak chłodno pomimo wściekłego słońca, gdzie każda rzecz zawsze stała na swoim miejscu i wszystko było wyłącznie w najlepszym gatunku — światowy standard albo nieco powyżej — wydarzenia ostatniej doby wydawały się pozbawione wszelkiego sensu, dzikie, nieprawdopodobne… jakieś lepkie i niechlujne.
— Znasz kawał o dwóch kogutach? — zapytał Malanow.
— O dwóch kogutach? Znam o trzech kogutach. Absolutnie kretyński. Dla półgłówków.
— Nie! O dwóch! — powiedział Malanow. — Nie znasz?
I opowiedział kawał o dwóch kogutach. Wieczerowski nijak nie zareagował. Można było sądzić, że nie kawał mu opowiedziano, a zaproponowano do rozwiązania trudne zadanie, taki przynajmniej miał wyraz twarzy — skupiony, pełen namysłu, kiedy stawiał przed Malanowem filiżankę kawy, dzbanuszek pełen śmietanki i kryształowy talerzyk z konfiturami. Następnie nalał kawę sobie, siadł naprzeciw, trzymając filiżankę w powietrzu umoczył w kawie wargi i wreszcie powiedział:
— Znakomite. Mam na myśli kawę. A nie twój kawał.
— Rozumiem — smętnie powiedział Malanow.
Przez czas jakiś w milczeniu delektowali się kawą po wiedeńsku. Potem Wieczerowski powiedział:
— Wczoraj trochę myślałem nad tym twoim zadaniem… Czy nie próbowałeś zastosować funkcji Hartwiga?
— Wiem, wiem — powiedział Malanow. — Sam na to wpadłem.
— No i co?
Malanow odsunął od siebie pustą filiżankę.
— Słuchaj, Filipie — powiedział. — Zostawmy w spokoju te cholerne funkcje Hartwiga. W głowie mam młyn parowy, a ty…
9…przez chwilę milczał, gładząc dwoma palcami gładko ogolony policzek, a następnie wyrecytował:
